28 czerwiec, 2006

Ciekawe i bardzo

O pamiątki polskie toczono boje za prl, a i po transformacji pare bitew odtrąbiono Ciupaga i kierpce, bursztynowe okręciki, czy wycinanki łowickie taki obrazek Polski ciut cepeliadowej, znosniejszy ludowy souvenirek. Pomysłu na promowanie trochę nowocześniejszego wizerunku poprzez gadżety nie ma. Przepraszam, nie było, bo pomysł jest i to moim zdaniem kapitalny i przewrotny - promowanie naszej ojczyzny poprzez nasz językowy łamaniec, jakim dla obcokrajowca jest sz, ś, ź, ż. Niemozliwe? Mozliwe. I realne - Szmerpops. Mam jedynie obawy by na pomyśle się to nie skończyło Więcej na stronie "rzeczy o dizajnie" http://www.rzeczy.net/czytaj_211.php.

Typografia rzecz ciekawa i zawsze warto wiedzieć więcej. Inicjatyw propagujących w tym względzie raczej niewiele u nas, tym cenniejsze te, które się pojawiają jak typo.org.pl ale nie ma róży bez kolców, choć ponoć już wychodowano takową dla ułatwienia życia. Tematy ciekawe, dyskusje takie sobie niemrawe, poza jedną, ostrą i długaśną, na temat pomysłu adaptacji warszawskiego Miejskiego Systemu Identyfikacji w Łodzi - ależ emocje! http://typo.org.pl/forum/viewtopic.php?t=58 Martwi jedno - stagnacja na forum, większość postów to rok 2005, a potem cicho, ciuchutko, szepcik jakiś jeden, na okrasę.

Przy okazji typografii, portal dtp.pl promuje książkę Krzysztofa Tyczkowskiego Lettera Magica http://www.dtp.pl/noweprodukty/index.asp?id=185 Ceny jednak nie znalazłem, może negocjowalna, bo są za to telefony.

Tomek Kozłowski na swoim blogu http://www.tomaszkozlowski.com/pl/ postanowił pisać także po polsku, na początek zaserwował ciekawą przypowiastkę, rodem z “Jak doprowadzić konkurencję do szaleństwa” Guy’a Kawasaki . A że sztuka walki konkurencyjnej to sztuka walki, to i od przywolania aikido zaczyna.

A skoro na biznesowości przemyk zrobiłem to, jak najbardziej w tym temacie wbrew pozorom, historia "... pierwszej wyprawy Zheng He – chińskiego żeglarza, który w latach 1405-1433 aż siedmiokrotnie pływał na zachód, przemierzając ponad 50 000 kilometrów i odwiedzając 37 krajów i regionów. Wszystko wskazuje na to, że to właśnie chińscy marynarze pod dowództwem Zheng He pierwsi dotarli do Ameryki Północnej, Grenlandii, Antarktyki, Australii i Nowej Zelandii." http://www.psychotronika.pl/index.php?option=com_content&task=view&id=231&Itemid=45 Puentą tej wyprawy mamy taką, cytuję autorkę, Grażyna Czajka-Bartosik, z dyskusji na foum CNEB - "... kiedy kończył on już swoją wieloletnią morską wędrówkę, w Chinach zapanował Konfucjanizm. Filozofia konfucjańska przedkładała wyższość rozwoju duchowego ponad materialny. Dlatego w ciągu krótkiego czasu unicestwiono najpotężniejszą na świecie flotę tamtych czasów." Ciekawe co mogłoby być, gdyby to nie nastąpiło?

Etykiety:

25 czerwiec, 2006

Jak wolne ptaki...

Państwo robi co może by ulźyć ciężkiej doli biznesmana, a właściwie jego kieszeni. VATy, akcyzy, fundusze pracy, podatki pośrednie i bezpośrednie, ZUSy, zezwolenia, pozwolenia, łapki plusy i minusy. Historia nadmiernego fiskalizmu widać niczego nie uczy. Bezrobocie gigantyczne i problematyczne zarazem. Pracy nie ma, i pracowników nie ma. Robota na czarno plus zasiłek to metoda na zycie zbyt wielu, jak na normalność.

Prezydent Wrocławia będzie za ciężkie pieniądze prowadził akcję przekonywania rodaków z Anglii do powrotu, ponoć brak rąk do pracy (??), łatwiej to niż zakrzątnąć się na miejscu, no i nie byłoby tak medialne. Dlaczego znów mam dziwne wrażenie, że nie o to idzie... że to opakowanie zastępcze...?

Biznesmeni wolne ptaki, latają po niebie (biznesu)... na uwięzi.

Biznesmani wolne ptaki...

Rysowałem co prawda na początku naszej transformacjii, ale aktualności nie traci, dodałbym co najwyżej pare sznurków, sznurów i niteczek. Coś w tym chyba jest... promujemy się latawcem... hmmm...

Etykiety:

24 czerwiec, 2006

2 ciekawostki z Signs.pl

Na portalu signs można przeczytać dwie ciekawe informacje:

1. niestety nie jest tak dobrze z trwałością płyt CD, jakby się zdawało - http://www.signs.pl/article.php?sid=4120

2. bardzo interesujacy temat łamania barier - "Film dokumentalny - jak niewidomi korzystają ze stron www" - w dobie upowszechniania się internetu także do tej grupy można dotrzeć, warto więc poznać ich sposób surfowania, aby im to ułatwić http://www.signs.pl/article.php?sid=4124

Etykiety:

Konkursidła

Konkursy na "jakisiś" projekt graficzny, urządzane przez różnorakie instytucje, przypominają mi konkursy piekności. Tu i tam do ostrej rywalizacji startują "obiekty" różnorakie pod względem pochodzenia, wiedzy, parametrów, "ubiorów". W jednym i drugim wypadku wynik to loteria, uśrednianie gustu publiczności i jury. W jednym i drugim wypadku preferowana jest ładność, obojetne co to słowo znaczy. I tu zaczynają się schody czyli różnice. O ile superpiękność może nie mieć nic do powiedzenia, nikt tego nie zauważy, każdy wpatrzony w kształty i mrugający rzęsami uśmiech, o tyle w konkursowych projektach sama ładność nie wystarczy musi coś "powiedzieć", a przynajmniej powinien. Taki projekt, w przeciwieństwie do zabawy w wybory superbabki, ma czemuś służyć. Czemuś i komuś. Konkretnie komuś - organizatorom, i czemuś - do konkretnych posunięć promujących.

Wybór tej czy innej misski nie ma większego znaczenia, poza estetycznym, ani dla nas, ani dla naszej organizacji czy biznesu. Wybór tego czy innego projektu takie znaczenie ma, dotyka nas bezpośrednio. Wybory miss to zabawa dla ludu, wybór projektu to, być może, nasza wygrana lub klęska w walce z konkurencją. Żonie nie damy prowadzić samochodu - bo porysuje, ale małolat-amator rysujący nam po wizerunku biznesowym już nie przeszkadza. Tam znamy wartość straty, są wymierne i realne - koszty lakierowania i blacharza, tu nie mamy pojęcia o stracie - bo to klienci, którzy nie skorzystali z naszych usług i poszli do konkurencji

Kobiety mają swoisty instykt przetwarzania i dostosowywania powszechnie dostępnych, masowych ciuchów w niepowtarzalny, własny styl ubierania się. Styl ściśle dopasowany do Niej. Instynkt poszukiwania własnej oryginalności i niepowtarzalności. Po co ten ta wtrącona refleksja? per analogiam.

Firma czy organizacja każda walczy o własną niepowtarzalność i oryginalność w oczach klienta i każda chce poprzez własny wizerunek być dobrze i długo zapamiętaną. Czy kobieta wpadłaby na pomysł zorganizowania konkursu na własny image? nie sądzę, ale wystarczy spytać. Te, które takową potrzebę odczuwają oddają się w ręce specjalistów - stylistów, krawców, fryzjerów itp by wydobyli piękno, te wszystkie najważniejsze przymioty, tonując naturalnie wady, o ile są. Proste?. Za proste dla wymyślaczy konkursów na projekt graficzny "czeguśtam". Nikt nie wpadnie na pomysł by zaprosić do położenia skomplikowanej instalacji elektrycznej pana Stasia, który właśnie był nabył śrubokręt w drodze kupna. - No co Pan zwariował. - Toż to grozi porażeniem prądu! - On nie ma żadnj wiedzy, nie odróżnia kabla od wtyczki.... itp. itd. A pokażcie mi wymyślacza konkursu, poza konkursami zamkniętymi, tylko dla specjalistów rzecz jasna, któremu przez łepetynę przeleci choćby mgiełka, cień ulotny takiej myśli w wypadku projektu. No fakt, porażenie prądem tu nie grozi. A co tak naprawdę grozi? Niby nic. Co groziłoby kobiecie, na którą zakładamy niedobrany do jej stylu i tuszy, kolorystycznie wrzeszczący ciuch, robimy nieodpowiedni do jej urody makijaż, dodajemy wojskowe buty itp upiększamy? Nic wielkiego - klapa, ośmieszenie, karykatura - do wyboru. A miało być pięknie...

Siedzimy w czwórkę w ogródku piwnym, żar z nieba, leniwe zycie za oknem, pod parasolem z kufelkiem w dłoni jakoś chłodniej i milej. Gawędzimy o niczym, czyli o zyciu, jak to z kumplami "z piaskownicy". Jaś chwali się, ze ostro ciągnie biznes i idzie coraz lepiej, śmieje się ze mnie -nie wydałem grosza na grafika. Ha ha ha. Zrobilem pare konkursików i mam wszystkie druki i logo za circa 300,-. Po co przepłacać u was fachowców. Ha ha ha. Mój konkurent się wysadził z logo i bulnął 10 patoli, bo ma "identyfikacje" - Jasiu to ten co zaczął rok temu? -Ta. - A ty już ile ciągniesz? - No 8 lat i nieźle przędę, nawet brykę zmieniłem, dwa lata temu. - Jasiu a jak wyglądasz w branży, jesteś nadal pierwszy? - No nieee, byłem, ale... Jasiowi rzednie mina i zaczyna się monolog o złośliwości losu - ten ... dopiero zaczął, a już ma 1 miejsce, klientów mi zabiera .... itd. itp. Złośliwość losu? hmm...

Siadamy i piszemy, spod duzego palca, tak - Konkurs na znak promujący/firmy/serwisu .... nagroda... /im mniej tym lepiej, dla naszej kasy/ i wioooo do sieci, do gazety albo na słup. Kto żyw siada i projektuje, szkicuje, gryzmoli i nadsyła, nadsyła aby dorwać tę nagrodę. Kto żyw z wyjątkiem tych co powinni, czyli specjalistów. No ale "no problem" w komisji też ich nie będzie. Bywają a jakże kryteria dodatkowe np. tylko zamieszkali u nas, albo tylko od lat 18, tylko dla posiadajacych kota itp duperele. Ciekawe, nigdy nie spotkałem zastrzeżenia "tylko profesjonaliści mile widziani". No, ale tu akurat nie dziwota, ogłaszający konkurs dokładnie wie, że suma nagrody jest żenująca. Wyniki? w wiekszości podobne do nagrody.

Tytułowe konkursidła, czyli konkursowe sidła, są niby dla frajerów - za małe pieniądze duży efekt, usidlają jednak, na ogół, organizatorów -bez efektu i długo.

Etykiety: ,

22 czerwiec, 2006

UMCS zmienia logo na...

UMCS postanowił zmienić logo. Ok, najpiękniejsze nie było co widać

UMCS logo

Jak się do tego zabrali można poczytać w szumnej zapowiedzi "Które logo najlepsze dla UMCS"
tutaj http://miasta.gazeta.pl/lublin/1,35640,3427222.html

Paweł Jońca ujął to, w tej dyskusji, najkrócej - KOSZMAR. Dyskusja ostra, ale z przywołaniem dobrych przykładów do naśladowania. Moze ktoś z decydentów ją, przypadkiem, przeczyta....

Smaczek dodatkowy - robi to grupa studentów Wydziału Artystycznego UMCS. Bez komentarza.

Etykiety:

Co może projektant logo...

Zadzwonił do mnie "stary" klient, od czasu do czasu rozmawiamy, dywagując na tematy różne. - Pan to widział? Podesłałem właśnie link, koniecznie niech Pan to zobaczy. Wnosząc z głosu był lekko podniecony i zirytowany, czymś co zobaczył. Zajrzałem na podaną stronę i przestałem się dziwić jego podnieceniu. Nie dalej jak 4 dni wcześniej rozmawialiśmy o wizerunku fimy na przykładzie jej strony www, jaki nią buduje lub niszczy, o prawidłowym eksponowaniu logo itp. To co mi zaprezentował było naturalnie przykladem paskudnie negatywnym, no ale.. - Co ja mogę jako projektant Panie Staszku? Nic. Dzieło zrobione oddane, prawa przekazane. - Ależ to horrendum. - Wiem.

To co mogłem zrobić zrobiłem już dawno, pisząc tekst o posługiwaniu się znakiem firmowym na www, na konkretnym zresztą przykładzie pokazalem błędy, tekst jest dostępny na mojej stronie, ku rozwadze - vide http://e-alw.com/varia22.html . Co można zrobić więcej? Nic. Nie zmuszę Klienta do tego by zamiawiał projekt logo + Księgę Znaku, koszt dodatkowy, nie zmuszę także by każde posunięcie konsultował ze mną. Choć, przyznam, wielu konsultuje swoje newralgiczne posunięcia. Nawet jeśli zamawia razem z Księgą, to i tak nie mam wpływu na to czy wogóle ją stosuje. Odpukać, stosują. Prawem klienta jest wykorzystanie mojej pracy w sposób dowolny, może ją schować do szuflady albo odwrócić do góry nogami. Jego prawo, jako właściciela. Mnie pozostaje nuta żalu, że tak wyszło, i nadzieja - jednak coraz większa liczba klientów zauważa potrzebę całościowego, jednorodnego podejścia do własnego wizerunku..

Etykiety:

21 czerwiec, 2006

Wiedza tajemna

.Naszły mnie refleksje, czasami tak bywa, a propos terminologii fachowych, różnego zresztą autoramentu. Rozumiem ich potrzebę, przy coraz ściślejszej specjalizacji takie dookreślania pewnych rzeczy, na użytek własnej grupy, ma sens. Ale co z kimś spoza tej grupy? Co z prostym przepływem informacji, a zatem wiedzy, między fachowcem a niefachowcem?

Wiedza nagromadzona przez wieki, utrwalana i przekuta w kanony ulega powolnemu utajnianiu się, chowaniu wśród specjalistów, przestaje być ogólnodostępna. Terra magica. Dla wielu terra incognita. Postęp, ciśnienie czasu, codzienny "wyścig szczurów" przynosi coraz mniej zadowolenia, coraz więcej stresu i... coraz wiecej usprawiedliwień że...

Zanikanie powszechności wiedzy powoduje wrażenie jej hermetyczności, wyższego stopnia wtajemniczenia, dostępnego li tylko wybranym szczęśliwcom. To z kolei powoduje hermetyzowanie się twórców/fachowców ze swoją wiedzą, boć ona nie dla maluczkich, nie pojmą. Fakt że sami odcinamy się od tej dostępności, ograniczając zakres postrzeganie świata przez pryzmat codzienności i portfela. Znamienne, że w dobie zalewu literaturą fachową, poradnikową, popularnonaukową czytelnictwo spada. Krąg odbiorców zawęża się do specjalistów, którzy nota bene i tak to znają. Z drugiej strony specjaliści zaczynają trzymać swoją wiedzę pod korcem terminologii, czemu sprzyja też anglicyzowanie pojęć, jakoby nieprzekladalnych i nieznanych. Ot mamy "art directora", niby nowość, choć już za czasów przebrzydłego soc istiał tegoż polski odpowiednik - dyrektor artystyczny. Pocieszające, że jednak nie wszyscy poszli w te ślady i mamy też czasami "dyrektora kreatywnego". Mamy "bief" a nie "zalożenia do projektu" - tu usprawiedliwieniem jest krótkość słowa brief i jego, jakoby, większe pole znaczeniowe. Brief po angielsku to po prostu list. Ta "hermetyzacja" wiedzy, podstawowej w sumie, przez język niestety daje szerokie pole do nadużywania, ze szkodą dla strony słabszej, czyli klienta. Po jego zaś stronie do komicznych nieporozumiień.

Przyjęlo się, nie tylko w branży artystycznej, stawianie klienta wobec dyktatu - chcesz z nami współpracować świadomie naucz się terminologii jakiej uzywamy, my ci nie pomożemy, albo twoja strata jak nierozumiesz. Niby dlaczego mam się tego uczyć? po co mi wiedza o "droselklapie" prosząc o naprawienie cieknącego kranu. Ośmieszał już ten temat słynny kabaret Dudek, co nam łaskawie przypomina TV, we wspominkach kabaretowego mistrzostwa lat dawno minionych. Widać nie dotarło bo nadal aktualne.

Jest takie hasło "świadomy klient to lepszy klient" - fakt niezaprzeczalny. Aliści podejście do klienta wielu twórców/fachowców jest dokładnie odwrotne. Czytuję dyskusje o prowadzeniu biznesu, jak laitmotive przewija się tam permanentne pytanie - edukować klienta, czy wręcz odwrotnie. Pytanie z gruntu fałszywe, w podtekście jaki mu towarzyszy wyczuwam zawsze "toć głupi, więcej zaplaci". "Nie będę mówił o mojej wiedzy i edukował maluczkich bo to wiedza specjalistyczna i 1. niezrozumie, 2. dzialam przeciwko sobie ujawniając itp." Problem w tym, ze tak naprawdę specjalista ma za sobą wiedzę, a klient nie. Ta wiedza może być, bez uszczerbku na honorze a wręcz z korzyścią, przekazana klientowi, ulatwi wtedy porozumienie się obu stron. Na dodatek nie jest ona ŻADNĄ wiedzą tajemną. Jest tylko przekazywana niezrozumiałym językiem. Tak naprawdę każdy fachowiec posiada zupełnie inną broń "tajemną" - talent, doświadczenie zawodowe, sprawność manualnego stosowania trikow. I to akurat rzeczywiście bywa trudne do przekazania.

Zaczynając swoją przygodę z komputerem prosilem o pomoc przyjaciół. ludzi spoza sztuki, sprawnie operujących tym narzędziem. Byl to czas już Win, ale jeszcze DOS więc poslugiwanie się klawiaturą wydawało się bardzo istotne. Próbowali pokazać mi co i jak trzeba robić, a ja nie mogłem sobie z tym poradzić. Problemem podstawowym było równoczesne patrzenie na klawiaturę i błyskawiczne wklepywanie przez nauczyciela oraz patrzenie na ekran by widzieć jaki efekt to daje. Tragedia. Albo widzialem co wklepał i nie widziałem co to daje, albo widziałem efekt nie mając pojęcia co zrobił. Moi nauczyciele nie byli w stanie przekazać mi własnego mistrzostwa manualnego, wykształconych odruchów i trików ktore stosowali już. nieświadomie.

Zaskakiwało mnie kiedyś okrywanie oczywistości prezentowanych w literaturze nazwijmy to poradnikowej. Stawiane tam tezy podobne były do wyjaśniania po co, jak i kiedy mówić "dzień dobry', wydawałoby się czegoś naturalnego i przyrodzonego, swoją drogą ciekawe ile osob to robi odruchowo. A tu nagle odkrycie i wykładnia, że tak a tak powinno być. W wielu dziedzinzch postuluje się nowe tendencje czy kierunki podejścia, ciągle jednak odnoszę wrażenie że jedyne co w nich nowe to, na ogół, język jakim się to serwuje. Autorzy czasami są tak odkrywczy iż umyka im fakt "już starożytni..." i odkrywają amerykę-wiedzę zapomnianą li tylko. Ale dobre i to. Dobrze, że wracją takie oczywistości mając ponownie szanse istnieć szerzej niż tylko w kręgu wtajemniczonych.

Jeden z moich znajomych mówiąc o rozmowach z klientami żali się zawsze tak samo - no i co ja mam zrobić, podstawowych rzeczy nie znają, nie rozumieją jak im tłumaczę. A co im tłumaczysz przykładowo? No jak to co?? i... tu następuje słowotok specjalistyczny, niepojęty zupełnie bez slownika terminologicznego branży N. Dlaczego nie powiesz tego po polsku bez slangu zawodowego? No co ty?? przestanie mnie uważać za fachowca! Stawiam orzechy przeciw żołędziom, że i tak go za fachowca nie uważa.

Przypomniała mi się pewna dykteryjka a propos - Facet latał przez dłuższy czas po warsztatach samochodowych z problemem, coś stukało. Fachowcy oglądali, badali specjalistycznym sprzętem, drukowali wyniki testów, perrorowali językiem superfachowym, nieomal na poziomie fizyki kwantowej z uwzglednieniem czasoprzestrzni nie zapominając wspomnieć o zjawiskach paranormalnych, a w końcu inkasowali kasę. Klient nie rozumiał ani w ząb a jak stukało, tak stukało. Ktoś polecił znajomego fachowca z praktyką od 40 lat. Warsztacik maleńki, zero elektronicznego wspomagania, właściciel samochodu nieco skonfundowany obrazkiem oddał z drżeniem w sercu swoje autko w ręce pana Kazia. Pan Kazio posłuchał, posłuchał, wziął młotek i... bach. Pan Kazio powiedział tylko jedno słowo - już. Właścicielowi pot zimny spłynął po czole na myśl co też pan Kaziu mu właśnie mógł był roz.... Silnik pracował miarowo, spokojnie, bez stukania. BEZ STUKANIA! Co on zrobił?? Szybkie oględziny uspokoiły, śladu jakichkolwiek uszkodzeń, nawet brak śladu puknięcia. NIE STUKA. Co zrobił takiego, co inni nie mogli zrobić przez tyle czasu. Nic specjalnego. Po prostu wiedział gdzie puknąć.

Nie stawiam tezy o wyższości doświadczenia nad wiedzą. Stawiam tezę że czasami ta wiedza, a własciwie terminologia, jest wykorzystywana do usprawiedliwieniu niemożności. Zaprzęgamy do rzeczy prostych zbyt skomplikowany aparat aby to sie moglo udać. Ma on jednak dla profana moc magiczną, a prynajmniej takie mniemanie pokutuje, skomplikowana dywagacja prowadzona specjalistycznym językiem uświadamia klientowi małość wobec "fachowca". Tylko ja mam wątpliwość czy to wogóle działa.

Etykiety:

Księga znaku

Wydawalo mi się, do dzisiaj, że prezentowany na mojej stronie przykład Księgi Znaku jest jasny i czytelny, bo obrazkowy. Utwierdzali mnie w tym także klienci, nikt nie miał problemu z odczytaniem zawartych w niej informacji. Widać Klienci wiedzą więcej niż... no właśnie...hmmm...

Trafiłem, na forum "osiol", na taki oto topic http://www.osiol.net/index.php?showtopic=25445

Smiać się czy płakać?

Etykiety: ,

17 czerwiec, 2006

Spamuj mnie , ach spamuj...

Jak wszyscy walczę ze spamem, czyli niechcianymi śmieciami mailowymi Walka trwa, providerzy usłużnie zwiekszają nam konta, by obsłużyć coraz większy napływ tegoż śmiecia, oferując jednocześnie filtry antyspamowe, ale nic nie pomaga. Dzienna dawka kasowania, u mnie, miewa wzloty do 300 takich maili, co to bez czytania kosz. Sam staram się nie uprawiać żadnego wysyłania ofert bez zaproszenia, szanując czas i nerwy innych chciałbym by i moje sznowano. Zresztą ta zasada, szanuj innych jak siebie, chyba powinna być normą nie tylko w biznesie. Tak, jak dbałości o klienta, nie należy mylić z nachalnością wobec niego.

Wstęp przydługi więc przejdę do konkretu, oto pomysł młodej bizneswomen na zdobycie klientów:

Krok 1. mail z ofertą do firmy N, nie zareagowali, znaczy nie czytali, więc...

Krok 2. mail z ofertą do firmy N, nie zareagowali, znaczy nie czytali, więc...

Krok. 3. mail z ofertą do firmy N, nie zareagowali, znaczy nie czytali, więc...

Krok 4. mail z ofertą do firmy N, nie zareagowali, znaczy nie czytali. 4 raz i nic? ..., no to...

Krok 5. dzwonimy do firmy N dlaczego nie czytali, odczekujemy, a jak nic, to...

Krok 6. Osobiście wybieramy się na rozmowę do firmy N, w sprawie tejże przesylanej oferty.

Pomysł powyższy zaczerpnąłem z forum biznesowego, gdzie nosił dumny tytuł "paradoks spamu".Gdzie ten paradoks? za diabła nie wiem. Za to idealny pomysł na molestowanie klienta, aby go stracić na bank. Kryj się, kto może. Choć niektórzy ponoć lubią molestowanie, ale to raczej nie w tej akurat dziedzinie. Potrafię sobie nawet wyobrazić ciąg dalszy, czyli:

Krok 7. Błyskawiczna ewakuacja, w trosce o bezpieczeństwo wlasne.

Etykiety: , ,

16 czerwiec, 2006

u Saroty też o logo

Z datą 11 czerwca 2006 znalazłem u Wiktora Saroty http://sarota.blox.pl/html temat tyczący redesignu, odświeżenia logo "Zmiany, zmiany czyli odświeżamy wizerunek firmy cz. 1", jak widać temat znaku zaczyna nabierać rumieńców, i bardzo dobrze.

Etykiety:

15 czerwiec, 2006

Manowce wizerunku

Nawet najlepiej zaprojektowane logo, jako podstawa budowania wizerunku, nie działa w próżni. Bez wsparcia w postaci prawidłowego używania go w różnych sytuacjach po kulturę obsługi klienta jest tylko bytem graficznym. samym w sobie. Zakodowany w nim przekaz pozostaje ukryty dla klienta. Porównując to do samochodu - zakup najpiękniejszego samochodu to krok pierwszy, drugim jest jego używanie dla własnej wygody a i bezsprzecznie podzielenia się radością posiadania z bliźnimi, również w celu wzbudzenia zazdrości. Taki samochód postawiony w garażu nie istnieje dla otoczenia i co najwyżej możemy go kontemplować osobiście. Znak musi funkcjonować, docierać do klientów, otwierać zakodowane przesłania o naszym profesjonaliźmie, nowoczesności czy branży. Musi docierać w sposób przejrzysty ułatwiając zapamiętanie.

Sam projekt znaku dla firmy nie jest w tejże firmie, wielekroć, najbardziej priorytetowym wydatkiem, a zatem i fundusze na niego przeznaczone bywają okrojone na tyle by wystarczyło na zamówienie u grafika samego logo. Oszczędność na projektowaniu papeterii czy Podstawowej Księgi Znaku wydaje się oczywista. Czy aby napewno? Z perspektywy krótkoterminowej i przy założeniu "jakoś sobie poradzimy sami" bezsprzecznie tak. Do momentu wprowadzania znaku na rynek takie myślenie oparte na liczeniu pozornej oszczędności ma nawet rację bytu. Przychodzi jednak moment gdy znak zaczyna funkcjonować na zewnątrz i powinien wspierać nasze dążenia do zbudowania w świadomości klientów dobrego wizerunku naszej firmy. Moment ważny bo mający przynieść nam profity w postaci zwiekszenia sprzedaży, ilości pozyskanych zleceń czy uzyskania przewagi nad konkurencją.

Paweł Tkaczyk w swoim artykule "głębia marki", http://paweltkaczyk.midea.pl/541/#more-541 , określa cechy jakie musi ona spełnić, by zaistnieć w długotrwałej relacji z klientem. Ja dodałbym, że aby osiągnąć jakąkolwiek głębię trzeba prawidłowo tę markę/logo wprowadzić w obieg. Porównanie z nurkowaniem w wodzie nasuwa się tu samo. Nikt nie zaprzeczy, że aby nurkować, w sensie rzeczywistym, trzeba nauczyć się pływać. Najpierw trzeba opanować powierzchnię a w nastepnych etapach stopniowo pokonywać coraz większe głębokości, adaptując się do coraz większego ciśnienia wody. Rynek konkurencyjny zaoferuje nam takie właśnie ciśnienie wraz z naszym wzrostem, a więc i powiększaniem się zagrożenia z naszej strony. Stawiając pierwsze kroki, ucząc się pływać, narażeni jesteśmy na problemy o tyle istotne, że mające wpływ na dalsze nurkowanie w biznesie, późniejszą możliwość osiągania tej głębi, o której pisze Tkaczyk lub jej nieosiągania. W końcu naukę pływania też można zakończyć po pierwszym przytopieniu i dać sobie święty spokój.

Takim pierwszym krokiem w tej nauce pływania, badaniem, oswajaniem się i opanowaniem powierzchni wody jest tworzona samodzielnie wizytówka firmowa z logo. I tu następuje niezauważalny moment krytyczny. Prawidlowość stawiania tych pierwszych kroków. Od tej prawidłowości zależy to, co będzie następowało później - spokojny, równy marsz, lub tylko niemrawe kuśtykanie.

Ta prawidłowość pierwszych kroków, w wypadku logo, to właściwe proporcje naszego znaku, właściwe światła wokół niego /pusta przestrzeń/ czyli wyeksponowanie go w jak najlepszy sposób, mogący wspomóc jego zakodowanie w świadomości oglądającego. Nie idzie tu o maksymalizację wielkości samego logo, a o wyróżnienie go w przestrzeni tejże wizytówki, by przykuwał uwagę, zachowując jednocześnie pierszeństwo w hierarchii informacji występującej wspólnie z nim. Nie narzucał się, ale i nie gubił w tle. By nadmiar tejże informacji nie przytłaczał go i nie marginalizował. Wszelkie "efekty specjalne" jak kolor tła, tłoczenia, dodatkowe elementy graficzne spełniające rolę ozdobników, ozdobność kroju pisma, czy wreszcie wielość użytych krojów mają to do siebie, że stanowią większą lub mniejszą konkurencję dla znaku W skrajnym przypadku nagromadzenia takich "konkurentów do pierwszeństwa" w naszym postrzeganiu powoduje, że logo jest na wizytówce, ale... go nie ma. Informacja jest, ale to co istotne trzeba wyluskiwać z zacieciem archeologa, odkopując kolejne warstwy. Warto więc pamietać, zabierając się za samodzielne opracowanie takiej wizytówki czy papieru, o stosowaniu prostej zasady "im mniej, tym lepiej".

Wspomniana wyżej zasada dotyczy tak wizualnej strony projektu, jak i ilości serwowanych informacji. Jest takie powiedzenie "papier wszystko zniesie". Papier tak, klient nie. Prosta wzrokowo wizytówka, na gładkim tle, z jasną hierarchią ustawienia wszystkich elementów według ich ważności, z ograniczonymi do niezbędnego minimum danymi teleadresowymi, daje jasny i klarowny przekaz informacyjny zaraze podkreślając nasze logo i ulatwiając jego zapamiętanie wraz z danymi adresowymi. Ta sama wizytówka wydrukowana na wielokolorowym tle, niedopasowanym do kolorystyki znaku, zabawą krojami pisma, mnogością przekazu informacyjnego /adres, wszyskie możliwe telefony, faxy, regony, nip, a nawet kont bankowe/ staje się nieczytelnym, niespójnym zbiorem róźnych przekazów bez żadnej hierarchii ważności, trudnym do wzrokowego ogarnięcia, szybkie dotarcie do podstawowej informacji sprawia problem. Taka wizytówka wywoluje nieprzyjemne wrażenie balaganu i nieprofesjonalizmu, a o prawidlowym odbiorze znaku, i pośrednio jego zapamiętaniu, mowy nie ma. Zaczyna być naszą antyreklamą.

Teoretyczny p. Kowalski mniej wiecej wie jak ubrać się na spotkanie biznesowe, jak dobrać garnitur, koszule, krawat itp.by stanowiły przyjemną dla oka całość. Tenże p. Kowalski nigdy nie wpadłby na pomysł zawiązania, na taką okazję, krawatu powiedzmy "z zajączkami". Jednocześnie nie przeszkadza mu jego firmowa wizytówka na której tych "zajączków" całe stado. Wie że wygląd i pierwsze wrażenie są istotne odnosi to jedak wyłącznie do własnej osoby. Zgoda, to jest ważne. Ważne też by to dobre wrażenie utrwalić dobrą wizytowką, pośrednio dobrym podaniem znaku firmy a w efekcie dobrym zapamiętaniem i skojarzeniem przez klienta czy kontrahenta.

Przesadzam? Nie sądzę. Czy oznacza to konieczność korzystania zawsze z usług grafika profesjonalisty? Niekoniecznie. Wystarczy nie traktować opisanej wizytówki, papieru czy innego akcydensu firmowego, jako pola doświadczeń artystycznych a jako dobry przekaźnik informacji. Istotnych i czytelnych informacji. Wystarczy zachować umiar mając na uwadze nadrzędność tejże informacji.

Niedawno wydawnictwo One Press wydało interesujacą książkę "Profesjonalne tworzenie materiałów reklamowych" Johna McWade'a. Świetnie wydana i bogato ilustrowana przykladami na pewno będzie stanowić nieocenioną pomoc. Rzecz naprawdę warta polecenia, tym bardziej że obfitości w tym temacie raczej nie ma, poprzednia "perełka" - Grafika w biznesie, należy raczej do kategorii "dezimformacja i pomieszanie" i lepiej omijać ją wielkim łukiem. Tę najnowszą pozycję polecam szczególnie prowadzącym jednoosobowo dzialalność biznesową a jednocześnie zainteresowanym projektowaniem we wlasnym zakresie elementów wizerunku firmy. Przyda się też zdecydowanym na wspólpracę z grafikiem - ułatwi porozumienie. Koniecznie przeczytajcie wstęp. Pozycję można nabyć w księgarni firmowej http://onepress.pl/ksiazki/matrek.htm

Etykiety: , ,

Uwaga nazwa

Prowadząc rozmowy z klientami, rozpoczynającymi działalność, uczulam na prawidłowy dobór nazwy dla firmy, nie tylko dobrze brzmiącej dla ucha, ale i odpowiedniej do rodzaju działalności. Dobrze skonstruowana nazwa, którą łatwo się wymawia, zapamiętuje i pozytywnie kojarzy, pełni nieocenioną rolę w promocji firmy.

Jak w wielu dziedzinach, także i w tej zwanej z angielska namingiem, istnieją wyspecjalizowane agencje budujące nazwy dla firm czy marek. I, jak to bywa przy wysokiej klasy specjalistach, nie są to rzeczy tanie z racji nakladu pracy, weryfikacji itp. Zatem przy ograniczonych funduszach, jakimi dysponuje mała firma na starcie, trzeba zdać się na własne umiejętności nazwotwórcze. Warto jednak pamiętać, że stworzona nazwa będzie naszą wizytówką na lata, warto więc do tego podejść także z punktu widzenia perspektyw rozwoju firmy.

Na jednym z forów dyskusyjnych jako przykład nieodpowiedniej nazwy dla biznesu podano słowo "serduszko" - czy rzeczywiście jest nieodpowiednie? I tak i nie. Dla portalu, czy firmy matrymonialnej będzie w sam raz, zdecydowanie nie jest dobre dla firmy handlującej narzędziami. Jednak, w sumie, nazwa nie ma skojarzeń negatywnych, choć takowe mogłyby się pojawić w wypadku zakładu pogrzebowego. Przerysowuję nieco sytuację aby łatwiej pokazać, iż coś, co jest do przyjęcia dla jednej działalności i daje jak najbardziej prawidłowe oraz pozytywne skojarzenia, użyte w niewłaściwym miejscu może odwrócić swoje cechy pozytywne na negatywne, a nawet ośmieszyć.

Prostą sprawą jest budowanie nazwy odnazwiskowej, jak Wedel czy Blikle, naturalnie przy zalożeniu że nie mamy powszechnie występującego nazwiska - niebezpieczeństwo powstania kolejnej firmy Nowak w naszym obszarze działania i co za tym idzie mylenie przez klientów. Ale nie każdy przecież ma unikalne nazwisko, a i taka odnazwiskowa nazwa niesie za sobą pewne zagrożenie - ewentualna negatywne działania firmy przeniosą się na negatywne postrzeganie właściciela nazwiska.

Połaczeniem obu wcześniejszych sposobów tworzenia nazwy jest konstruowanie ich poprzez stworzenie nowego słowa z połączenia dwu części zapożyczonych ze słów istniejących.

Przykładowo: p. Kowalski zamierza sprzedawać wanny i tworzy dla swojej firmy nazwę - z dwu elementów: nazwiska i nazwy towaru, którym handluje. Z nazwiska użyty zostaje człon pierwszy KO a drugim czlonem jest wyraz "WANNY" - powstaje słowo/nazwa "KOWANNY", Nowe slowo dość dobrze określa pole, na którym działa p. Kowalski . Skojarzenie ze skladowymi, w tak powstałej nazwie, jest dość proste, ma pozytywne brzmienie i łatwo daje się zapamiętać, negatyw właściwie tylko jeden - ewentualna zmiana branży może powodować problem z powiązaniem nazwy i nowego obszaru działania firmy.

Wspominam o adekwatności nazwy do pola działania , ale, co bardzo istotne, nazwa nie może też tworzyć nieprzewidzianych i niepożądanych skojarzeń. Niestety dość często możemy spotkać przyklady zapomnienia o tym szczególe dającej efekt dość przyznam komiczny, a skoro komiczny zatem niepożądany. Posłużę się przykładem jaki wczoraj udało mi się uchwycić na nowoustawianych rusztowaniach:

Ciałbud remonty renowacje

Domniemywam, że nazwa powstała właśnie z prostego połączeia nazwiska, lub jego części, z rodzajem działalności, budownictwem. Ale mogę się mylić. O ile brzmi i wygląda to śmiesznie, w wersji jaką widać na fotce, to zastanówmy się jakie przesłanie niosłaby sama nazwa "Ciałbud" z doprecyzowaniem "remonty renowacje" ale bez otoczki graficznej. Czy nie kojarzylibyśmy tego prędzej z "odremontowaniem" ciała niż budowlanką? Osobna kwestia to łamaniec językowy w nazwie, nawet w tym drugim skojarzeniu. Tak więc, oprocz nieciekawej kwestii skojarzeniowej, mamy i brzmieniowy zgrzyt.

Przywołana na początku dyskusja z forum, na temat "serduszka", tyczyła łatwości, lub nie, promowania firmy poprzez jej nazwę. Zapewne każdą nazwę jakoś da się prędzej czy później wypromować, podejrzewam że nawet złą. Jednak warto mieć na uwadze, czy promując firmę na rynku oiągniemy pożądany efekt czy też, czego nie życzę, promujemy swoją firmę negatywnie. Zła nazwa zawsze wymaga dużo większych nakladów bowiem dochodzą dodatkowe duże działania na rzecz osłabienia i zneutralizowania niepożądanych skojarzeń, a następnie ugruntowania tych właściwych. Warto o tym pamietać.

Etykiety:

11 czerwiec, 2006

Futbol i kasa

Pomysły zarobienia na i przy okazji "festiwalu kopania piłki" sięgnęły poziomu boiska. Dosłownie. Konkretnie murawy boiska piłkarskiego. Jak pokazała tv można już sobie kupić kawałek takowej murawy w eleganckiej puszce po sardynkach.

W sumie pomysł niegłupi, wzorowany zresztą na puszkach ze świeżym górskim powietrzem. Jeżeli są to kawałki konkretnych boisk i można wybrać to, na którym akurat wygrała mecz nasza drużyna /akurat nie Nasza/ zbyt zapewniony. Miły souvenir. Dla kibiców-mieszczuchów szczególnie odpowiedni, dzieciom można pokazać, jak wyglądała trawa zanim ją zabetonowano na parkingi osiedlowe.

Na blogu Briefu, http://www.blog.brief.pl/, można obejrzeć 5 reklam /4 wideo/ wykorzystujące tę samą okazję.

Etykiety:

09 czerwiec, 2006

Heraldyczne fikołki

Rozmawiając ostatnio z klientem zeszliśmy w uliczkę heraldyka. Opowiedział jak to ciekawie przebiegały prace nad takowym herbem. Stworzono komisję do oceny, same tuzy z miejscowego szczebla wladzy. Zaproszono grafika do opracowania. Nikt co prawda nie miał wiedzy heraldycznej, ale nie szkodzi. Grafik opracował projekt na tyle zgodny z zasadami tejże heraldyki na ile wiedział i potrafił. Wysoka komisja zebrała się i zaczęto deliberacje - kolor nie ten, może spróbujemy taki... albo taki..., ja bym dodał ... a ja .... . Snopek, trybik, słonko, woda, może pałka, pałki szkoda. Parę godzin zaciętego dyskursu przyniosło sowitą listę życzeń, uwag i zaleceń. Grafik zdębiał. Zdawał sobie sprawę ze swoich braków wiedzy i możliwości popełnienia błędu, aliści to, czego oczekiwano byłoby karykaturą. Realizacja takiego projektu oznaczałaby podpisanie się pod nim i wyjście na idiotę. Zrezygnował. I dobrze, przynajmniej jeden mądry.

Przypomniało mi to, onegdaj czytaną, informację o herbie Mazowsza, zrobiłem niestety wydzierkę z jakiejś gazety, więc cytował nie będę. Otóż ni mniej, ni więcej, Mazowieckie "pożyczyło" sobie godło wielkopolskich Oborników i ma problem. Oceniali fachowcy, doradzali fachowcy, zapewniali fachowcy w 2002, a teraz fachowcy mówią - Błąd. To komisja heraldyczna przy MSWiA nie porównuje projektu do istniejących już herbów przed akceptem? Nie ma znaczenia, że heraldycy są skłócenia. Albo coś już istnieje albo nie.

Etykiety:

Wrzeszczące szyldy reklamowe

Obserwuję ciekawe zjawisko dbania o "wizerunek firmy", a właściwie "widzialność firmy" poprzez szyld reklamowy. Każdy kolejny szyld na biurowcu, reklamujący nową firmę, musi być 1. większy niż pozostałe, 2. bardziej krzykliwy w kolorze. Syndrom ten występuje na ogół na biurowcach, w których administracja zajmuje się liczeniem kasy za m2, dbałość o estetykę mając w głębokim poważaniu. Przekaz, jaki niesie taka koszmarna szyldziastość, to jeden wielki wrzask, więc kto by tego słuchał. I tu pojawia się smaczek do tej krzykliwości, bezładnej, nieczytelnej i wielokrość kompletnie bezsensownej. Otóż przy wejściu do budynku niejednokrotnie brak jakiejkolwiek informacji, choćby małej tabliczki, bywa że i w hollu nie ma nic, poza portierem.

Osobnym tematem jest wykonanie tychże "szyldów reklamowych", praktycznie można się tu zapoznać ze wszelkimi dostępnymi aktualnie na rynku materiałami i technikami. Nieudolność za to kompozycji jest porażająca w równie wielkim stopniu, jak ich krzykliwość. Inwencja jaką przejawia firma, w umieszczeniu takiego potworka na frontonie budynku wprawia czasem w zdumienie - wąska uliczka z wąskimi chodnikami, 4 piętrowa kamienica/biurowiec - człowiek idącychodnikiem nie zadziera głowy, bo i po co, patrzy pod nogi by ich nie połamać na chodniku przypominającym ser szwajcarski. Szyld wisi na wysokości 2-3 piętra, jaka szansa na zobaczenie go przez potencjalnego klienta? Prawie zerowa. No to po co toto wisi? szpecąc i tak nienajpiękniejszą w końcu fasadę.

Trzeba trafu parę ulic dalej miłe zaskoczenie - chodnik równiutki, wysprzątany, odnowiony fronton, przy bramie biurowca w starej, jak tamta kamienicy, przejrzysty, ujednolicony, w formie wizytówek firmowych, panel informacyjny. Na wysokości mojego wzroku. Nikt nie krzyczy, nie ściga się wielkościami i kakofonią koloru. Pełny, czytelny przekaz informacyjny.

Każdy taki fronton biurowca to miejsce budowania wizerunku firmy, tak w nim rezydującej, jak i zarządzającej. O ile te pierwsze robią co mogą, i na co je stać, aby się pokazać, o tyle zarządcy wielokroś zapominają co o ich firmie taki fronton świadczy. A co tam się przejmować, zawsze się znajdzie ktoś , kto chce wynająć. Fakt, jedni szukają lokalu "bo dobra ulica" i to wystarczy, ale też coraz więcej firm, szukających dobrej lokalizacji, oprócz samej lokalizacji zwraca pilną uwagę na "otoczenie" i dbałość o nie. Nie zdecydują się zapewne na szpetotę, niechlujstwo, bałagan czy dziury w chodniku przed przyszłą siedzibą.

Reklamowy wrzask to nie jest domena wielkiego miasta wbrew pozorom. Przykladem małe podwarszawskie firmy usługowe, siedzące na własnym i np. sprzedające dachówki, zatrzęsienie tego. Standardzik - maleńkie działki, z małym biurem i większą od niego, typową prezentacją rodzajówdachówki, w formie gotowego dachu. Już samo to plus, powiedzmy, reklama firmy X starczyłoby. Aliści ich wlaściciele, w bardzo dużej części, mają święte przekonanie iż należy stosować zasadę "im więcej tym lepiej". Płot upstrzony banerami od a do z, i z powrotem. Tablice stojące,wiszące, powiewajace, a i obrotowe bywają. Nawet duży bilboard się czasem zmieści, w poprzek, na krzyż albo na wspak, jak kto chce. Nie może się zmarnować żadna powierzchnia to i wykorzystany każdy centymetr malusich ścian zewnętrznych klitki-biura. Brakuje tylko "nad" - dla tych co latają. Zareklamowanie całkowite. Wszyscy dostawcy wymienieni, wszystkie rodzaje omówione, nazwy, marki, hasła i podziękowania dla dziadka. Wielość którą można obdzielić spore miasteczko zgromadzona w jednym miejscu. Wrzask aż uszy bolą, oczy bolą od oczopląsu z migotaniem. Czy to konieczne? Bardziej przyciąga i zachęca do skorzystania z zakupu? Nie, tylko wlaściciel o tym nie wie. Nie podejrzewam aby producenci płacili im wszystkim za te swoje reklamy, może jednak płacą, ale za mało i dopiero masa robi dochód wart tyle, by się nad tym nie zastanawiać? Tylko jaki interes miałyby firmy w płaceniu za reklamę w takim wrzaskowisku? płacenie za niezauważenie w tłumie? A może to moda, rywalizacja - kto ma więcej reklamy na m2?

W obu wypadkach jedynym realnym zyskiem, jest zysk wykonawcy szyldu reklamowego. Klient, ten potencjalny i realny też, nie lubi jak na niego wrzeszczą.

Etykiety:

08 czerwiec, 2006

Znaki rosną.

Linie nadwozi samochodowych upodabniają się coraz bardziej. Markę starych samochodów poznaję "na kilometr", nowe coraz mi trudniej po sylwetce rozpoznać. Stylistyka zmierza widać w generaliach do jedności, by różnice akcentować drobiazgami - stylistyką i wyposażeniem wnętrza. Pogłębianie się tego trendu, ujednolicania linii nadwozia, wpływa jednak, paradoksalnie, na wielkość znaku producenta Rosną nieomal w oczach, z modelu na model. Dla ułatwienia rozpoznawalności ma się rozumieć. Znaki firmowe na samochodach rosną, ale co ciekawe tylko z przodu. Już w niedalekiej przyszłości, po pełnym ujednoliceniu sylwetek, znak zajmie pewnikiem cały przód. Taki wielki, dobrze widoczny, jeżdzący znak to jest to.Idealna reklama. A co z tyłu i boku?

Etykiety: ,

06 czerwiec, 2006

Ludzie sukcesu

Jedni wynoszą z uczelni wiedzę i dyplomy, podczas gdy inni wynoszą się i to szybko.

Ostatnio zerkałem na blog Bartka Krycharskiego http://www.bartekrycharski.idl.pl/ w zakładce "ludzie sukcesu" parę ciekawych nazwisk z notkami Bartka - Michael O’Leary /linieRyanair/, Steve Jobs /Aapple/, Steve Ballmer /współżałożyciel Microsoft/, Richard Branson /Virgin/... Prawdziwi ludzie sukcesu, warto poczytać. Polecam.

PS. Rodzina Bransona jest rewelacyjna.

Etykiety:

Z komórką przy uchu

Nastały takie czasy. Dyń, dyń, wrrrr, wrrrruuuu, koląg, loloooąg ... W tramwaju, kinie, na ulicy, w domu i ogrodzie, w... dobra starczy. Ułatwienie, ogromne. A może kula u nogi, uzależnienie? Fakt, dużo łatwiej zadzwonić np. do ukochanej żony i powiedzieć ze się ją kocha, a co to przeszkadza, że 25 lat po ślubie? Ba, innym łatwo zadzwonić do nas gdziekolwiek jesteśmy.

Innym, czyli wszystkim, rownież namolnym akwizytorom sprzedajacym świetlaną przyszłość w ubezpieczonym dostatku. Jest takie znane towarzystwo ubezpieczeniowe i cuś tam /nie będę reklamował za friko/. Dorwali się skądeś do mojego numeru telefonu nooooo i poooszłoooo. Raz na trzy dni telefonik - czy Pan ... tak. Czy mogę Panu zająć chwilkę? tak, prosze, a o co chodzi? Już wyjaśniam... i tu następuje przydługawoprzynudnawa tyrada, ucho mnie już boli od tej komórki, ale jest finał, odmawiam, dziękuję, koniec rozmowy. Optymista. To była pierwsza rozmowa. Potem inne panienki, panowie tyż, świergolili mi ten sam tekst, krócej lub dłużej, kwestia szybkości rozłączenia /naliczylem 137 rozmówek za rok pański 2005/. Czy oni sobie przekazują w firmie mój numer? może się założyli? kto mnie wpuści i złapie jak rybkę dostanie pochwałę, nagrodę, awans /niepotrzebne skreślić/. Ot, moja bujna wyobraźnia podpowiadała mi obraz nieciekawy - alw jako trofeum na ścianie prezesa, a może jedynie w korytarzu, za kserokopiarką.

Zabawa, zabawą, cierpliwość się czasem kończy.

Najciekawsze było jednak zakończenie wszystkich tych rozmów. Na moje - Nie jestem zainteresowany, rozmowca/czyni ZAWSZE próbował/a mnie zmusić do przyznania się DLACZEGO nie chce? no dlaczego??

Puenta: ich numer się nie wyświetla więc nawet nie wiadomo czy aby na pewno to od nich. Ale o "modzie" na nieujawnianie firmowego telefonu innym razem.

Etykiety:

Nadmiar szczęścia czyli plakaty i ulotki

Dookoła narasta jazgot koloru, zalewa wszechkolorowa reklama wszystkiego wszędzie i na wszystkim, o wszystkiej porze. Z podstawowych czterech /cmyk/ lub trzech kolorów /rgb/ twórcy wyciagają co się da, a nawet więcej. Z ogromem wysiłku umysłowego i talentu /czasami niekoniecznie i wogóle / tworzą swoje dzieła i... no i właśnie, samo się nasuwa pytanie - po co i dla kogo?

Idę ulicą wzdłuż ktorej stoi, jak za dawnych dobrych czasów, hektar parkanu. Dla pamietających dłużej takim salonem plakatu było kiedyś, przez długie lata, ogrodzenie wokół słynnej budowy błekitnego wieżowca, na obecnym placu Bankowym w Warszawie. Taka galeria dla mas z fantastycznymi perełkami dizajnu naszej nieocenionej szkoły plakatu. Eh, czasem lepiej nie wspominać... szczególnie, że nasuwa to skojarzenia i porównania. Płot jak tamten dużopowierzchniowy. Jak tamten oblepione toto od dechy do dechy i po horyzont. Ogarniam coraz nowe połacie wzrokiem i próbuję na czymś zawiesić choćby jedno oko, no niech mnie coś zaskoczy, zastanowi, zaintryguje... NIC, zero, null. Zlewająca się masa, fajerwerk koloru, tęcza... brak punktu zaczepienia.. i nagle, na samym końcu JEST. Zaskoczenie. To nie żaden wymuskany, amerykańskopodobny w bezmyśleniu, za ciężkie pieniądze, plakat super agencji, zwykły wklej szabloniarza. Rewelacyjny. Skrót myślowy, humor, asceza i... brak koloru. Przewrotnie konkluduje sobie, że w tym akurat przypadku, pomijając swawolną chęć naprawiania świata autora, skromność środków zrekompensowana została myśleniem. Mała firma marzy o superbudżecie reklamowym i powiela banalne wzorce rodem z bezmyślowa. ładne, bajeranckie i puste w przekazie, ale takie ma konkurent, takie dostaje do skrzynki i na ulicach. Zero myslenia czy to choćby skuteczne.

Na rondzie w centralnym punkcie Warszawy, róg Marszałkowskiej i Alej, przy wejściach do podziemi, codziennie stoją podawacze druków reklamowych zwanych ulotkami. Kiedyś umówiłem się tam z córką, na przekąszenie w pobliskim fastfudzie. Ania utknęła w jakimś korku, grzeczne dziecko informowało na bierząco, przez komórkę, stan zakorkowania i przewidywany czas spóźnienia, ja kontemplowałem osobliwy widok. Misterium Ulotkowe. Ludzie przechodzili, dostawali ulotkę, ciskali od razu, albo po 2 metrach, i tak na okrągło, jak w trybikach sprawnego zegara. Tik, tak, tik, tak. Podawacze dzielili się jednak wyrażnie na dwie kategorie - ambitnych i realistów. Ambini próbowali dorwać każdego wychodzącego z podziemnego przejścia i wlepić mu te swoje papierowe szczęście, realiści zajęli pozycje strategiczne - przy koszach na śmieci. Bo ulotki wciskane do rąk tam właśnie, w 99%, lądowały. Ambitni widać tego jeszcze nie załapali, więc mieli dodatkową robotę - zbierali, między rozdawaniem, te porzucone na chodnik i odnosili grzecznie do śmietnika. Podawaczy rozumiem, boć to ich praca i zarobek.

Choć i w tym podawaczowym temacie bywają innowatorzy. Miejsce - warszawska Praga, skrzyżowanie przy "śpiących" czyli koło dworca wileńskiego.Czas - środek dnia. Akcja - podawacz pod zegarem krąży w dziwnym cyklicznym rytmie. Pokonuje 4 m przestrzeń między dwoma koszami i rozdaje. Rusza spod kosza A trzymając ulotki swobodnie, nie wciska, nie nalega, pokonując odległość do kosza B, rozdał 3 ulotki. Staje przy koszu odlicza skrzętnie 3x2=6 i .. bach do kosza. Powrót do punktu A, rozdane 4 ulotki, 4x2=8 i bach do kosza. Wokół czyściutko, nic nie zalega. Spokojna praca.

Nurtuje mnie jednak myśl a propos - czy firmy, które wyłożyły kasę na te śmieci zwane ulotkami zastanowiły się po co to robią, dla kogo i jaki z tego pożytek dla nich (zwrot w postaci klienta). Może to owczy pęd "bo inni tak robią", może magiczne myślenie "byle jak najwięcej" a może po prostu nikt nie zadaje sobie trudu zmonitorowania własnej akcji,policzenia i wyciagniecia wniosków, nie powtarzania błędów w przyszłości, niewyrzucania kasy za okno, na róg Marszałkowskiej i Alej.

Etykiety: