Woń dyskursu
Trochę na marginesie, a trochę nie, przypowiastka taka sobie.
W pewnym zacnym towarzystwie rozważano kwestie zawodowe, czasem mniej, czasem wiecej mądrze i udatnie. W samym kącie siedział człeczyna mizerny słuchając owej dysputy, nie do końca rozumiał w czym rzecz i o czym mowa. Z niewiedzy, z nudów, a może braku ogłady puszczał co czas jakiś bąka. Cwana człeczyna po każdym bąku sugestywnie spozierała na sąsiadów, sugerując ich prostackie zachowanie. Przebrała się jednak miara i poproszono delikwenta o opuszczenie zgromadzenia, czym naturalnie zdziwiony był niepomiernie - żaden z tych głupców go nie rozumiał, odszedł więc, smród pozostawiając, jako znak pokrzywdzenia. Aliści dnia następnego człeczyna urósł we własnej wyobraźni i chadzając po mieście chwalił wiedzę własną, podając w jakim to towarzystwie dyskursa prowadził, a przygważdzał argumentami kontrdyskutantów. Jeno spodni należycie nie wywietrzył i owe argumenta ciągnęły za nim smugą cienia. Połakniony splendoru wpadał na różne dyskursa, mniej lub wiecej zrozumiałe dla jego skołatanej łepetynki i zabierał głos... bąkiem. Z czasem udoskonalił swe przemowy, dodając bekanie i gwałtowne smarknięcie z gwinta. Sława mołojca i guru rosła wraz z każdą kolejną dysputą, niestety tylko w jego małej łepetynce, inni tego tak nie widzieli. Ślepcy.
W pewnym zacnym towarzystwie rozważano kwestie zawodowe, czasem mniej, czasem wiecej mądrze i udatnie. W samym kącie siedział człeczyna mizerny słuchając owej dysputy, nie do końca rozumiał w czym rzecz i o czym mowa. Z niewiedzy, z nudów, a może braku ogłady puszczał co czas jakiś bąka. Cwana człeczyna po każdym bąku sugestywnie spozierała na sąsiadów, sugerując ich prostackie zachowanie. Przebrała się jednak miara i poproszono delikwenta o opuszczenie zgromadzenia, czym naturalnie zdziwiony był niepomiernie - żaden z tych głupców go nie rozumiał, odszedł więc, smród pozostawiając, jako znak pokrzywdzenia. Aliści dnia następnego człeczyna urósł we własnej wyobraźni i chadzając po mieście chwalił wiedzę własną, podając w jakim to towarzystwie dyskursa prowadził, a przygważdzał argumentami kontrdyskutantów. Jeno spodni należycie nie wywietrzył i owe argumenta ciągnęły za nim smugą cienia. Połakniony splendoru wpadał na różne dyskursa, mniej lub wiecej zrozumiałe dla jego skołatanej łepetynki i zabierał głos... bąkiem. Z czasem udoskonalił swe przemowy, dodając bekanie i gwałtowne smarknięcie z gwinta. Sława mołojca i guru rosła wraz z każdą kolejną dysputą, niestety tylko w jego małej łepetynce, inni tego tak nie widzieli. Ślepcy.
Etykiety: różności

0 komentarze:
Prześlij komentarz
dodaj komentarz:
Utwórz link
<< strona glowna