19 maj, 2008

"Kładź na to lachę"

ZDROVIT zafundował internautom kampanię, reklamującą witaminy z L-karnityną i guaraną, w stylu "super-hiper-cool młodzieżowym", choć dla mnie to raczej styl szczeniacko-lumpowski. Co zresztą stanowi dość swoiste połączenie wyobrażenia o producencie specyfików paramedycznych z tym "młodzieżowym" stylem.


Miało pewnie być odjazdowo i tak krejzi, wyszło wulgarnie - "ciągnij druta", "czochraj bobra" "kładź na to lache" itp. No milusio jest, pełny odjazd, tyle że... do rynsztoka. Pogratulować firmie inwencji twórczej.


Poczytaj też dyskusję na GL o tej kampanii.


A swoją drogą, ciekaw jestem czy odezwą się oburzone feministki, jak przy Mobilking, i zakrzykną gromko coś o męskim szowinizmie i poniżaniu kobiet.

Etykiety: ,

30 marzec, 2008

Dwa razy papier

Dziś dwie książki o papierze, a właściwie dwa inspirujące zbiory projektów użytkowych na bazie papieru - od papeterii po opakowania i gadżety. Jedna książka w wersji oryginalnej, druga tłumaczona na język polski. 


Najpierw cieplutka jeszcze nowość wydana przez PWN - Opakowania. Gotowe szablony. Projekty trójwymiarowe. Techniki składania
( The Packaging and Design. Templates, wydawnictwo RotoVision).

PWN - Opakowania. Gotowe szablony. Projekty trójwymiarowe. Techniki składania


Objętość: s. 304, Format: 16,5x24 cm, płyta CD z szablonami.
ISBN: 978-83-01-15255-0
Za książkę  w empiku zapłaciłem 63 zł. Na stronie księgarni firmowej PWN małe zaskoczenie - 69 zł, po obniżce z 79 zł.


Cytując  informacją umieszczoną na pleckach:

Książka zawiera prezentacje 140 projektów graficznych, autorstwa znanych grafików i grup projektowych z całego świata. Pokazuje zarówno klasyczne, jak i całkiem innowacyjne wzory opakowań oraz konstrukcje z papieru. Prezentuje projekty praktyczne, jak choćby opakowania produktów spożywczych czy płyt CD, oraz ciekawe rozwiązania projektów gadżetów promocyjnych, zaproszeń, folderów i kopert okolicznościowych.


Z jednej strony jaskółka na naszym ubogim, w tej dziedzinie, rynku wydawniczym. Z drugiej zaś zastanawiam się nad potrzebą tłumaczenia na język polski  akurat takich, opartych w 99% na obrazie książek. W sumie cały tekst tej książki można by zmieścić na jednej stronie, to raptem i aż nazwisko autora, nazwa projektu i króciusieńki opis. Tym bardziej zastanawia, że dużo ciekawsza i, moim zdaniem, bardziej warta tłumaczenia byłaby druga z prezentowanych książek, także wydana przez RotoVision,  dużo szerzej omawiająca każdy z prezentowanych projektów. Jest naturalnie plus tej pozycji, dołączone CD z szablonami, choć dla niektórych ograniczeniem może być wymaganie posiadania Adobe Illustratora CS2 lub wersji wyższej.


Przejdźmy więc do drugiej, ciekawszej pod względem prezentowanych projektów a i treściwszej,  książki wydawnictwa RotoVision (w wersji oryginalnej) - Choosing and using PAPER for great graphic design. Autorami są Keith Stephenson i Mark Hampshire.


RotoVision - Choosing and using PAPER for great graphic design


Objętość: s. 256, Format: 23,5x23,5 cm,
ISBN: 978-2-940361-58-8
Warto  zajrzeć na amazon.co.uk gdzie można ją jeszcze kupić, i to z 30%  upustem, za 24,5 funta (było 35). 


Autorzy omawiają każdy projekt podając specyfikację papieru a także opis zastosowanych technik druku i uszlachetniania. Brak co prawda, jak w wydanej przez PWN pozycji, szablonów dla każdego z projektów prezentowanych w książce, mamy jednak ich skróconą prezentację - na odrębych stronach wraz z omówieniem. Jest również skrócony opis rodzajów opraw, zaś na końcu umieścili autorzy zestawienia formatów papieru, europejskie iso oraz amerykańskie. jako ekstra dodatek 18 próbek papieru, w tym 36 gramowy biblijny.


Obie książki są bardzo inspirujące i godne polecenia, choć nie ukrywam, dla mnie bardziej druga.

Etykiety: , ,

20 listopad, 2007

Paczka papierosów

Paliłem, i niestety palę nadal, różne papierosy. Dlaczego akurat o paleniu? ostatnia wizyta w sklepie, skończyły się fajki, dostarczyla mi chwili refleksji. Kupiłem "swoje" papierosy Cristal i zacząłem się zastanawiać. Te "moje" papierosy bywały rózne od Giewontów w 10-kach, przez Sporty, Grunwaldy, Belwedery, Klubowe, francuskie "Guluazy", Płaskie, po słynne Bielomorkanal, które ponoć zabiły, jak mawiają rosjanie, więcej osób niż Stalin przy budowie owego kanału. Paliłem na paczki i sztuki. Kupowane w sklepie Orient rarytasy,  kubańskie Partagasy i Ligerosy, dawały poczucie odrobinny inności i lepszości. Paliłem na kartki i na wagę, niepocięte. Paczki jak paczki, mniej lub bardziej dopracowane graficznie, robione z bylejakiego cienkiego papieru, choć zdarzały się  i porządniejsze owijane w folię, albo pakowane w pudeleczka kartonowe. Na ogół jednak nazwa grała w nich rolę pierwszoplanową. Minimum środków maksimum treści.




Kto dziś, poza kolekcjonerami, pamięta zgrzebny urok tych opakowań. Dziwne bo smak niektórych pamiętam.


Dotąd nie zwracałem zbytniej uwagi  na samo opakowanie, no może na zasadzie podświadomego zapamiętania które są "moje", zainteresowany przede wszystkim ich zawartością. Tym razem jednak zakup Cristali sprowokował pytanie - dokąd zmierzają opakowania papierosów? Palę tę akurat markę papierosów wcale nie tak długo, a zaczynam ich nierozróżniać na półce.


Pierwsze Cristale, naturalnie kartonowe, były takie



Potem zyskały nieco na jakości, nie wypominajac wzrostu ceny.



Ostatnie jednak opakowanie bardziej przypomina reklamy, ale może to taki trynd. Może za chwilę, bez pomocy ekspedientki nie uda mi się rozróżnić, w tej ogromnej palecie papierosów wszelkiej maści lekkości i smolistości, tych "moich" papierosów  i... przestanę palić.

Etykiety:

12 czerwiec, 2007

Trzeci pogrzeb...

Chwyty marketingowe w celu przyciągnięcia klienta bywają różne, mniej lub bardziej wymyślne. Niektore powielane czasami w setkach mutacji, zależnie od inwencji twórców i towaru, jaki chcą tą metodą nam sprzedać. Jedną z takich znanych i ogranych technik jest zachęta do zrobienia kolejnych zakupów po niższej cenie. Wydawać by się mogło, że w tej akurat materii niewiele może zaskoczyć, poza skalą zaoszczędzonych pieniędzy przy ewentualnym kolejnym zakupie. A jednak! Firma BRATEK (prosektorium) z Zawiercia postanowiła skorzystać z tego ogranego chwytu i powalczyć o Klienta. Efekt taki oto:
tablica reklamowa firmy Bratek prosektorium
fot. Martyna Janoska

Trzeci pogrzeb za jedyne 200,-! żyć nie umierać, przepraszam - umierać nie żyć.

Na marginesie: zadziwia finezyjna nazwa... Bratek prosektorium... No cóż... czekam na ofertę darmowych wczasów dla nieboszczyka, przy zakupie trumny. A tak przy okazji, i dla kompletności uslug, na owej dyskusji, w portalu GL, jest jeszcze reklamka "nagrobki posezonowa wyprzedaż".

Niech spoczywa w spokoju, zadowolony z rabatu.



Etykiety:

24 maj, 2007

Kij ma dwa końce

Jest takie przysłowie - kij ma dwa końce. Nośniki reklamowe były dotąd bronią reklamową firm, w walce o klienta, jednak te same nośniki mogą stać się, co pokazało życie, bronią klienta w walce o należyte traktowanie przez firmę. Bronią o tyle skuteczną że dotykającą reputacji firmy, a więc najczulszego miejsca. Stara prawda głosi - dobre imię zdobywa się latami, traci w jeden dzień.

Na placu de Gaulla w Warszawie, na parkingu obok Centrum Finansowego, taki oto można zobaczyć obrazek reklamowy.

antyreklama serwisu KIA

Tekst na banerze, zamontowanym na bocznej burcie KIA Carnival, jest jednoznaczny: "W serwisie KIA Motors zainstalowano mi starą zużytą tarczę sprzęgła (zapłaciłem za nową) Wajda Stanisław tel. 601 912 485". Jak widać można zweryfikować prawdziwość "reklamy".

Oszukany klient użył tej samej broni przeciw firmie jakiej ona używa by go namówić na swój wyrób, serwis itp.Jednak w przeciwieństwie do owych reklam producenta taka broń w rękach klienta jest dużo bardziej nośna i niebezpieczna, bo poparta jego wlasnym doświadczeniem a zatem bardziej wiarygodna dla innych potencjalnych klientów.

Koszt owej tarczy sprzęgła, a własciwie czyjaś prywatna zapewne oszczędność/zysk na różnicy kosztów nowe-stare, był zapewne dla serwisu firmowego niewielkim w sumie kosztem, choć dla klienta mógł być to duży wydatek, na dokladkę z marnym efektem. W sumie warto się zastanowić czy ten mały koszt wart był popsucia reputacji firmy. Czy takie "drobiazgi" pomagają budować wizerunek solidnej i rzetelnej firmy? naturalnie nie. Warto pamiętać, że to wlaśnie drobiazgi składają się na cały wizerunek.

Etykiety:

23 maj, 2007

Plakat z Madonną

Wyobrażmy sobie taki oto plakat reklamowy mydełka - większość formatu zapełnia pięknie i z detalami odmalowany obraz Matki Boskiej z Dzieciątkiem.

Zgroza, obraza, skandal, prowokacja i obraza uczuć, że inne określenia pominę. Afera jaka zapewne miałaby miejsce przeszłaby falą przez wszystkie media jak słynny plakat do filmu Skandalista Larry Flint. Głos zabrałyby partie, rada etyki, a wreszcie i prokuratura. Pytanie więc wydaje się retoryczne i oczywiste, co do zasadności pomysłu na taki plakat, a jednak... ktoś to zrealizował. Tak, tak. Więcej, oglądając ten plakat nie mamy wrażenia owej zgrozy itp. Dlaczego? może dlatego, że autorem owego plakatu reklamujacego Madonną z dzieciatkiem mydelko Notre Dame był jeden z najwybitniejszych twórców okresu secesji - Alfons Mucha, a owa praca pochodzi z roku 1891. Można się o tym przekonać naocznie na wystawie Mistrza w Muzeum Narodowym w Warszawie.

Wystawę można oglądać do 29 lipca. bilet jedynie 17,-. Zostanie też zaprezentowana w Poznaniu, od 20 sierpnia do 11 listopada, w Centrum Kultury "Zamek".

Naprawdę warto poświęcić trochę czasu na tę wystawę, nie tylko oglądając opisany plakat ale i inne plakaty reklamowe, wykonane przez artystę pod koniec XIX wieku, reklamujące szampana, perfumy, czekoladę, bibułki do papierosów, rowery, projekty opakowań, serię plakatow teatralnych czy biżuterię.

Gorąco polecam, szczególnie część projektową i szkice, choć, przyznam bez bicia, prace olejne mnie nie urzekły.

Etykiety:

28 marzec, 2007

Prosto i kreatywnie

na You Tube można obejrzeć krotki clip do muzyki zespołu OK Go. Prosto i kreatywnie, bez nadętej kasy.

http://www.youtube.com/watch?v=pv5zWaTEVkI

Etykiety:

23 listopad, 2006

2 pytania o markę

Co można zrobić dla marki?

Oczywiście reklamować ją - można na przyklad tak, za PAP/wp.pl, jak kanadyjska firma Element 21 Golf Co., producent sprzętu golfowego - jej piłeczka golfowa zostala umieszczona na orbicie okołoziemskiej a fakt wykonania strzału, z pokładu Międzynarodowej Stacji Kosmicznej, dokładnie sfilmowany. Piłeczka ma przed sobą co prawda tylko 48 okrążeń Ziemi, zanim spłonie w górnych warstwach atmosfery, ale nie o to chodzi, a właśnie o ten filmik prosto z kosmicznego pola golfowego. Lepsze to niż pomysł, bodaj CocaColi, umieszczenia wielkiej, widocznej z Ziemi, reklamy na Księżycu. Choć i pewnie tego doczekamy. Można by, przykladowo, mgławicę Andromedy uformować w wielki napis "Just do it". Jakby co, bylem pierwszy z tym pomysłem.

Co można zrobić z marką?

Paweł Tkaczyk na swoim blogu serwuje temat "Rozszerzenie marki: tak, ale z głową" http://paweltkaczyk.midea.pl/598/

Przede wszystkim należy sobie odpowiedzieć na pytanie, co jest postrzeganą wartością marki. Dlaczego nasz markowy produkt postrzegany jest jako lepszy, od porównywalnego produktu konkurencji? Gdzie tkwi jego siła, w czym kryje się różnica? Jeśli uda nam się ją zdefiniować, powinniśmy próbować przenieść tę wartość do nowej kategorii.

Wiecej na blogu Pawła. Warto poczytać, równiez by uświadomić sobie co, tak naprawdę, jest wartością naszej marki lub moze nią być - przykladowe Volvo jako "auto", czy jednak bardziej "bezpieczeństwo"?

Etykiety:

08 listopad, 2006

Visual Communication

Na rynku co i rusz pojawiają się nowe pisma o sztuce, designie itp. Pojawiają się i znikają. To samo zreszta tyczy ambitniejszych pism z kręgu komputerowego, a omawiających sprawy designu. Dlatego każda nowa inicjatywa jest cenna, przy coraz to uboższej ofercie, i chuchać na nią warto, by nie zniknęła z rynku jak poprzednicy. Właśnie ukazał się numer 4 magazynu Visual Communication, na który warto wydać 10 zł . Outdoor, indoor, reklama design, znakowanie i produkcja - wszystko co interesujące w obszarze komunikacji wizualnej. Cytując, za Media News, redaktora prowadzącego VISUAL COMMUNICATION Łukasza Mikołajczaka:

"Będziemy działać na styku reklamy, poligrafii, designu, eksperymentu, biznesu i sztuki wybierając z każdej z nich to, co najlepsze i najbardziej użyteczne. Mamy nadzieję, że poprzez tak duże zróżnicowanie treściowe, niewykraczające jednak poza ramy definicyjne komunikacji wizualnej, uda nam się zadowolić każdego z naszych Czytelników".

Bardzo ciekawy był poprzedni numer - podjęcie próby oszacowania wartości reklamowej Kubicy, jedynego Polaka w F1, czy niezwykle interesujący artykuł o muzykach skazanych na sukces - "Studio 55 - dmuchając tworzą i zarabiają". Część zawartości każdego numeru udostepniono do poczytania na stronie firmowej VC http://www.visualcommunication.pl Szkoda tylko, że numer drugi, niestety, nie pozwala obejrzeć swej zawartości, a i najnowszego numeru na razie brak.

Ostatni zaś, 4 numer, o tyle dla mnie ciekawy, że tematem przewodnim jest "sign" (jako określenie całego sektora komunikacji wizualnej), a w tym i logo. Logo i co dalej - z różnych punktów widzenia. Zwracam uwagę na artykuł "Znak to pieniądz. Jak się robi dobre logo" w najnowszym numerze - trochę po kumotersku, bo Autor chwali mego bloga, a i cytuje.

Etykiety:

17 wrzesień, 2006

reklama interesu

Na portalu Goldenline toczy się wartko temat "Czy można?" oparty o, niechcący dwuznaczne, pytanie autora - czy na ogólnym forum można reklamować swój interes? http://www.goldenline.pl/thread.php?tid=1437

Przewrotnie dwuznaczne wpisy na wesoło "o interesie" storzyły kilkustronicową reklamę interesu bez interesu. Zabawa wciągnęła wiele osób, podsycana kolejnymi wpisami wzbudziła duze zainteresowanie tematem a, co najważniejsze, samym interesem - portalem http://www.tablica.pl/

Świetny przykład reklamy bez reklamy. Zupełnie darmowej reklamy. Nic nie szkodzi, że dwuznaczność wyszła przypadkowo, z niedomówienia o jaki interes chodzi. Liczy się efekt. Wciągnięcie w zabawę opartą na dwuznaczności, tym bardziej jeżeli w domyśle jest to szeroko pojęte pojęcie seksu, co lubimy, daje jak widać świetne efekty. Nie wiem czy nie lepsze niż jednoznaczne umieszczenie przykladowych. "panienek" w reklamie firmy. Ciekawe czy ktoś wykorzysta ten pomysł świadomie, jako reklamę partyzancką?

Etykiety:

12 lipiec, 2006

Nowy stary

Firmy walcząc o klienta prześcigają się w pomysłowych akcjach promocyjnych, spektakularnych obniżkach, rabatach itp. Ciekawi mnie dlaczego skierowane jest to, na ogół, do "nowego klienta" w taki dziwny sposób iż "starego" się traci.

Przykład usług abonamentowanych - zasada jest taka: firma wychodzi z super medialnym szumem "abonament za 10 gr* dla nowych klientów", gwiazdka przy cenie konieczna bo to odnośnik do wyjaśnienia że nie za 10 gr za rok a za miesiąc, i nie przez rok a powiedzmy 6 miesięcy. Ale i tak fajnie. Jak nie patrzeć duuuża oszczędność więc klientów przybywa. Problem w tym że przybywa pozornie. Dlaczego? Bo, oferując tak korzystne warunki, firma zapomniała o starych klientach, tym nie oferuje nic. I co?

Rozumny stary klient, potrafiący zliczyć do trzech, kalkuluje sobie tak: kończy się abonament, za długotrwały związek z firmą mam 10% rabatu, co daje oszczędność rzędu 20,- /przykladowo/. "Nowy" ma prawie za friko 6 miesięcy /no nie całkiem, kosztuje go to 60 gr/ wychodzi 1/2 abonamentu /+ te 60 gr/ = zysk rzędu kilkuset złotych w kieszeni.

I tak prostą metodą "stary" został "nowym" czyli status quo.

Etykiety:

06 lipiec, 2006

Cymelia krakowskie

Wybrałem się z moją córą do królewskiego miasta Krakowa. Na jeden dzień. W celach co prawda niezupełnie turystycznych, ale zawsze znajdzie się chwila na oddech i połażenie, raczej poczłapanie przy 30 stopniach ciepełka. Nie byłem lata już w Krakowie, więc totalne odkrywanie miasta na nowo, odkopywanie z pamięci, jak to onegdaj było, porównywanie. W sumie wyszło na plus.

Wszystko niby takie same, ale z jednej strony bardziej eleganckie, odnowiono wiele zabytków, a z drugiej bardziej krzykliwe w sensie reklamowym. Jakoś tak inaczej niż w Warszawie. Reklama zawładnęła wszystkim. To, co pisałem wcześniej o wrzeszczących szyldach, tu nie wrzeszczy a wiruje przed oczami jakimś tańcem szalonym, ferią kolorów, przemieszaniem stylów, treści i form. Oszałamiające jak wiele można upchać na minimalnej czasem przestrzeni . Na płasko i trójwymiarowo, jak kto chce.

Krakusy, naród praktyczny, wiedzą że powierzchni zaczyna brakować więc wymyślili "żywe drogowskazy". Stoją sobie na chodnikach osobnicy plci obojga dzierżąc w dloniach wielkie strzałki opatrzone napisami, lub reklamami, kierując biednego turystę do miejsc, które nieopacznie mógłby był nie zauważyć tym reklamowym tłoku..

Czasem "stacze" ubrani są w strój z epoki prześwietnej CK, częściej w strój własny. Stoją i podtrzymują te wielkie strzałki. Chyba tylko dlatego stoją, że widać wladze Krakowa nie zgodziły się na wkopanie drogowskazów-reklam w środek chodnika. I dobrze, plus taki, że zatrudnienie wzrasta.

żywy drogowskaz a la CK

Przy okazji zobaczyłem przykład tzw. kontekstu. Co otrzymamy zestawiając dwa przekazy reklamowe? czasem nic, a czasem ciekawostkę wynikającą z takiego zestawienia. Na szybie jednego ze sklepów, w okolicach Rynku, takie oto zestawienie - na górze napis "Mrożonki, witaminka, lody", poniżej "Heineken od pierwszego wejrzenia". Heineken jest dobry na wszystko, przy takim upale taki kontekst w sam raz.

Etykiety:

28 czerwiec, 2006

Ciekawe i bardzo

O pamiątki polskie toczono boje za prl, a i po transformacji pare bitew odtrąbiono Ciupaga i kierpce, bursztynowe okręciki, czy wycinanki łowickie taki obrazek Polski ciut cepeliadowej, znosniejszy ludowy souvenirek. Pomysłu na promowanie trochę nowocześniejszego wizerunku poprzez gadżety nie ma. Przepraszam, nie było, bo pomysł jest i to moim zdaniem kapitalny i przewrotny - promowanie naszej ojczyzny poprzez nasz językowy łamaniec, jakim dla obcokrajowca jest sz, ś, ź, ż. Niemozliwe? Mozliwe. I realne - Szmerpops. Mam jedynie obawy by na pomyśle się to nie skończyło Więcej na stronie "rzeczy o dizajnie" http://www.rzeczy.net/czytaj_211.php.

Typografia rzecz ciekawa i zawsze warto wiedzieć więcej. Inicjatyw propagujących w tym względzie raczej niewiele u nas, tym cenniejsze te, które się pojawiają jak typo.org.pl ale nie ma róży bez kolców, choć ponoć już wychodowano takową dla ułatwienia życia. Tematy ciekawe, dyskusje takie sobie niemrawe, poza jedną, ostrą i długaśną, na temat pomysłu adaptacji warszawskiego Miejskiego Systemu Identyfikacji w Łodzi - ależ emocje! http://typo.org.pl/forum/viewtopic.php?t=58 Martwi jedno - stagnacja na forum, większość postów to rok 2005, a potem cicho, ciuchutko, szepcik jakiś jeden, na okrasę.

Przy okazji typografii, portal dtp.pl promuje książkę Krzysztofa Tyczkowskiego Lettera Magica http://www.dtp.pl/noweprodukty/index.asp?id=185 Ceny jednak nie znalazłem, może negocjowalna, bo są za to telefony.

Tomek Kozłowski na swoim blogu http://www.tomaszkozlowski.com/pl/ postanowił pisać także po polsku, na początek zaserwował ciekawą przypowiastkę, rodem z “Jak doprowadzić konkurencję do szaleństwa” Guy’a Kawasaki . A że sztuka walki konkurencyjnej to sztuka walki, to i od przywolania aikido zaczyna.

A skoro na biznesowości przemyk zrobiłem to, jak najbardziej w tym temacie wbrew pozorom, historia "... pierwszej wyprawy Zheng He – chińskiego żeglarza, który w latach 1405-1433 aż siedmiokrotnie pływał na zachód, przemierzając ponad 50 000 kilometrów i odwiedzając 37 krajów i regionów. Wszystko wskazuje na to, że to właśnie chińscy marynarze pod dowództwem Zheng He pierwsi dotarli do Ameryki Północnej, Grenlandii, Antarktyki, Australii i Nowej Zelandii." http://www.psychotronika.pl/index.php?option=com_content&task=view&id=231&Itemid=45 Puentą tej wyprawy mamy taką, cytuję autorkę, Grażyna Czajka-Bartosik, z dyskusji na foum CNEB - "... kiedy kończył on już swoją wieloletnią morską wędrówkę, w Chinach zapanował Konfucjanizm. Filozofia konfucjańska przedkładała wyższość rozwoju duchowego ponad materialny. Dlatego w ciągu krótkiego czasu unicestwiono najpotężniejszą na świecie flotę tamtych czasów." Ciekawe co mogłoby być, gdyby to nie nastąpiło?

Etykiety:

17 czerwiec, 2006

Spamuj mnie , ach spamuj...

Jak wszyscy walczę ze spamem, czyli niechcianymi śmieciami mailowymi Walka trwa, providerzy usłużnie zwiekszają nam konta, by obsłużyć coraz większy napływ tegoż śmiecia, oferując jednocześnie filtry antyspamowe, ale nic nie pomaga. Dzienna dawka kasowania, u mnie, miewa wzloty do 300 takich maili, co to bez czytania kosz. Sam staram się nie uprawiać żadnego wysyłania ofert bez zaproszenia, szanując czas i nerwy innych chciałbym by i moje sznowano. Zresztą ta zasada, szanuj innych jak siebie, chyba powinna być normą nie tylko w biznesie. Tak, jak dbałości o klienta, nie należy mylić z nachalnością wobec niego.

Wstęp przydługi więc przejdę do konkretu, oto pomysł młodej bizneswomen na zdobycie klientów:

Krok 1. mail z ofertą do firmy N, nie zareagowali, znaczy nie czytali, więc...

Krok 2. mail z ofertą do firmy N, nie zareagowali, znaczy nie czytali, więc...

Krok. 3. mail z ofertą do firmy N, nie zareagowali, znaczy nie czytali, więc...

Krok 4. mail z ofertą do firmy N, nie zareagowali, znaczy nie czytali. 4 raz i nic? ..., no to...

Krok 5. dzwonimy do firmy N dlaczego nie czytali, odczekujemy, a jak nic, to...

Krok 6. Osobiście wybieramy się na rozmowę do firmy N, w sprawie tejże przesylanej oferty.

Pomysł powyższy zaczerpnąłem z forum biznesowego, gdzie nosił dumny tytuł "paradoks spamu".Gdzie ten paradoks? za diabła nie wiem. Za to idealny pomysł na molestowanie klienta, aby go stracić na bank. Kryj się, kto może. Choć niektórzy ponoć lubią molestowanie, ale to raczej nie w tej akurat dziedzinie. Potrafię sobie nawet wyobrazić ciąg dalszy, czyli:

Krok 7. Błyskawiczna ewakuacja, w trosce o bezpieczeństwo wlasne.

Etykiety: , ,

15 czerwiec, 2006

Manowce wizerunku

Nawet najlepiej zaprojektowane logo, jako podstawa budowania wizerunku, nie działa w próżni. Bez wsparcia w postaci prawidłowego używania go w różnych sytuacjach po kulturę obsługi klienta jest tylko bytem graficznym. samym w sobie. Zakodowany w nim przekaz pozostaje ukryty dla klienta. Porównując to do samochodu - zakup najpiękniejszego samochodu to krok pierwszy, drugim jest jego używanie dla własnej wygody a i bezsprzecznie podzielenia się radością posiadania z bliźnimi, również w celu wzbudzenia zazdrości. Taki samochód postawiony w garażu nie istnieje dla otoczenia i co najwyżej możemy go kontemplować osobiście. Znak musi funkcjonować, docierać do klientów, otwierać zakodowane przesłania o naszym profesjonaliźmie, nowoczesności czy branży. Musi docierać w sposób przejrzysty ułatwiając zapamiętanie.

Sam projekt znaku dla firmy nie jest w tejże firmie, wielekroć, najbardziej priorytetowym wydatkiem, a zatem i fundusze na niego przeznaczone bywają okrojone na tyle by wystarczyło na zamówienie u grafika samego logo. Oszczędność na projektowaniu papeterii czy Podstawowej Księgi Znaku wydaje się oczywista. Czy aby napewno? Z perspektywy krótkoterminowej i przy założeniu "jakoś sobie poradzimy sami" bezsprzecznie tak. Do momentu wprowadzania znaku na rynek takie myślenie oparte na liczeniu pozornej oszczędności ma nawet rację bytu. Przychodzi jednak moment gdy znak zaczyna funkcjonować na zewnątrz i powinien wspierać nasze dążenia do zbudowania w świadomości klientów dobrego wizerunku naszej firmy. Moment ważny bo mający przynieść nam profity w postaci zwiekszenia sprzedaży, ilości pozyskanych zleceń czy uzyskania przewagi nad konkurencją.

Paweł Tkaczyk w swoim artykule "głębia marki", http://paweltkaczyk.midea.pl/541/#more-541 , określa cechy jakie musi ona spełnić, by zaistnieć w długotrwałej relacji z klientem. Ja dodałbym, że aby osiągnąć jakąkolwiek głębię trzeba prawidłowo tę markę/logo wprowadzić w obieg. Porównanie z nurkowaniem w wodzie nasuwa się tu samo. Nikt nie zaprzeczy, że aby nurkować, w sensie rzeczywistym, trzeba nauczyć się pływać. Najpierw trzeba opanować powierzchnię a w nastepnych etapach stopniowo pokonywać coraz większe głębokości, adaptując się do coraz większego ciśnienia wody. Rynek konkurencyjny zaoferuje nam takie właśnie ciśnienie wraz z naszym wzrostem, a więc i powiększaniem się zagrożenia z naszej strony. Stawiając pierwsze kroki, ucząc się pływać, narażeni jesteśmy na problemy o tyle istotne, że mające wpływ na dalsze nurkowanie w biznesie, późniejszą możliwość osiągania tej głębi, o której pisze Tkaczyk lub jej nieosiągania. W końcu naukę pływania też można zakończyć po pierwszym przytopieniu i dać sobie święty spokój.

Takim pierwszym krokiem w tej nauce pływania, badaniem, oswajaniem się i opanowaniem powierzchni wody jest tworzona samodzielnie wizytówka firmowa z logo. I tu następuje niezauważalny moment krytyczny. Prawidlowość stawiania tych pierwszych kroków. Od tej prawidłowości zależy to, co będzie następowało później - spokojny, równy marsz, lub tylko niemrawe kuśtykanie.

Ta prawidłowość pierwszych kroków, w wypadku logo, to właściwe proporcje naszego znaku, właściwe światła wokół niego /pusta przestrzeń/ czyli wyeksponowanie go w jak najlepszy sposób, mogący wspomóc jego zakodowanie w świadomości oglądającego. Nie idzie tu o maksymalizację wielkości samego logo, a o wyróżnienie go w przestrzeni tejże wizytówki, by przykuwał uwagę, zachowując jednocześnie pierszeństwo w hierarchii informacji występującej wspólnie z nim. Nie narzucał się, ale i nie gubił w tle. By nadmiar tejże informacji nie przytłaczał go i nie marginalizował. Wszelkie "efekty specjalne" jak kolor tła, tłoczenia, dodatkowe elementy graficzne spełniające rolę ozdobników, ozdobność kroju pisma, czy wreszcie wielość użytych krojów mają to do siebie, że stanowią większą lub mniejszą konkurencję dla znaku W skrajnym przypadku nagromadzenia takich "konkurentów do pierwszeństwa" w naszym postrzeganiu powoduje, że logo jest na wizytówce, ale... go nie ma. Informacja jest, ale to co istotne trzeba wyluskiwać z zacieciem archeologa, odkopując kolejne warstwy. Warto więc pamietać, zabierając się za samodzielne opracowanie takiej wizytówki czy papieru, o stosowaniu prostej zasady "im mniej, tym lepiej".

Wspomniana wyżej zasada dotyczy tak wizualnej strony projektu, jak i ilości serwowanych informacji. Jest takie powiedzenie "papier wszystko zniesie". Papier tak, klient nie. Prosta wzrokowo wizytówka, na gładkim tle, z jasną hierarchią ustawienia wszystkich elementów według ich ważności, z ograniczonymi do niezbędnego minimum danymi teleadresowymi, daje jasny i klarowny przekaz informacyjny zaraze podkreślając nasze logo i ulatwiając jego zapamiętanie wraz z danymi adresowymi. Ta sama wizytówka wydrukowana na wielokolorowym tle, niedopasowanym do kolorystyki znaku, zabawą krojami pisma, mnogością przekazu informacyjnego /adres, wszyskie możliwe telefony, faxy, regony, nip, a nawet kont bankowe/ staje się nieczytelnym, niespójnym zbiorem róźnych przekazów bez żadnej hierarchii ważności, trudnym do wzrokowego ogarnięcia, szybkie dotarcie do podstawowej informacji sprawia problem. Taka wizytówka wywoluje nieprzyjemne wrażenie balaganu i nieprofesjonalizmu, a o prawidlowym odbiorze znaku, i pośrednio jego zapamiętaniu, mowy nie ma. Zaczyna być naszą antyreklamą.

Teoretyczny p. Kowalski mniej wiecej wie jak ubrać się na spotkanie biznesowe, jak dobrać garnitur, koszule, krawat itp.by stanowiły przyjemną dla oka całość. Tenże p. Kowalski nigdy nie wpadłby na pomysł zawiązania, na taką okazję, krawatu powiedzmy "z zajączkami". Jednocześnie nie przeszkadza mu jego firmowa wizytówka na której tych "zajączków" całe stado. Wie że wygląd i pierwsze wrażenie są istotne odnosi to jedak wyłącznie do własnej osoby. Zgoda, to jest ważne. Ważne też by to dobre wrażenie utrwalić dobrą wizytowką, pośrednio dobrym podaniem znaku firmy a w efekcie dobrym zapamiętaniem i skojarzeniem przez klienta czy kontrahenta.

Przesadzam? Nie sądzę. Czy oznacza to konieczność korzystania zawsze z usług grafika profesjonalisty? Niekoniecznie. Wystarczy nie traktować opisanej wizytówki, papieru czy innego akcydensu firmowego, jako pola doświadczeń artystycznych a jako dobry przekaźnik informacji. Istotnych i czytelnych informacji. Wystarczy zachować umiar mając na uwadze nadrzędność tejże informacji.

Niedawno wydawnictwo One Press wydało interesujacą książkę "Profesjonalne tworzenie materiałów reklamowych" Johna McWade'a. Świetnie wydana i bogato ilustrowana przykladami na pewno będzie stanowić nieocenioną pomoc. Rzecz naprawdę warta polecenia, tym bardziej że obfitości w tym temacie raczej nie ma, poprzednia "perełka" - Grafika w biznesie, należy raczej do kategorii "dezimformacja i pomieszanie" i lepiej omijać ją wielkim łukiem. Tę najnowszą pozycję polecam szczególnie prowadzącym jednoosobowo dzialalność biznesową a jednocześnie zainteresowanym projektowaniem we wlasnym zakresie elementów wizerunku firmy. Przyda się też zdecydowanym na wspólpracę z grafikiem - ułatwi porozumienie. Koniecznie przeczytajcie wstęp. Pozycję można nabyć w księgarni firmowej http://onepress.pl/ksiazki/matrek.htm

Etykiety: , ,

11 czerwiec, 2006

Futbol i kasa

Pomysły zarobienia na i przy okazji "festiwalu kopania piłki" sięgnęły poziomu boiska. Dosłownie. Konkretnie murawy boiska piłkarskiego. Jak pokazała tv można już sobie kupić kawałek takowej murawy w eleganckiej puszce po sardynkach.

W sumie pomysł niegłupi, wzorowany zresztą na puszkach ze świeżym górskim powietrzem. Jeżeli są to kawałki konkretnych boisk i można wybrać to, na którym akurat wygrała mecz nasza drużyna /akurat nie Nasza/ zbyt zapewniony. Miły souvenir. Dla kibiców-mieszczuchów szczególnie odpowiedni, dzieciom można pokazać, jak wyglądała trawa zanim ją zabetonowano na parkingi osiedlowe.

Na blogu Briefu, http://www.blog.brief.pl/, można obejrzeć 5 reklam /4 wideo/ wykorzystujące tę samą okazję.

Etykiety:

09 czerwiec, 2006

Wrzeszczące szyldy reklamowe

Obserwuję ciekawe zjawisko dbania o "wizerunek firmy", a właściwie "widzialność firmy" poprzez szyld reklamowy. Każdy kolejny szyld na biurowcu, reklamujący nową firmę, musi być 1. większy niż pozostałe, 2. bardziej krzykliwy w kolorze. Syndrom ten występuje na ogół na biurowcach, w których administracja zajmuje się liczeniem kasy za m2, dbałość o estetykę mając w głębokim poważaniu. Przekaz, jaki niesie taka koszmarna szyldziastość, to jeden wielki wrzask, więc kto by tego słuchał. I tu pojawia się smaczek do tej krzykliwości, bezładnej, nieczytelnej i wielokrość kompletnie bezsensownej. Otóż przy wejściu do budynku niejednokrotnie brak jakiejkolwiek informacji, choćby małej tabliczki, bywa że i w hollu nie ma nic, poza portierem.

Osobnym tematem jest wykonanie tychże "szyldów reklamowych", praktycznie można się tu zapoznać ze wszelkimi dostępnymi aktualnie na rynku materiałami i technikami. Nieudolność za to kompozycji jest porażająca w równie wielkim stopniu, jak ich krzykliwość. Inwencja jaką przejawia firma, w umieszczeniu takiego potworka na frontonie budynku wprawia czasem w zdumienie - wąska uliczka z wąskimi chodnikami, 4 piętrowa kamienica/biurowiec - człowiek idącychodnikiem nie zadziera głowy, bo i po co, patrzy pod nogi by ich nie połamać na chodniku przypominającym ser szwajcarski. Szyld wisi na wysokości 2-3 piętra, jaka szansa na zobaczenie go przez potencjalnego klienta? Prawie zerowa. No to po co toto wisi? szpecąc i tak nienajpiękniejszą w końcu fasadę.

Trzeba trafu parę ulic dalej miłe zaskoczenie - chodnik równiutki, wysprzątany, odnowiony fronton, przy bramie biurowca w starej, jak tamta kamienicy, przejrzysty, ujednolicony, w formie wizytówek firmowych, panel informacyjny. Na wysokości mojego wzroku. Nikt nie krzyczy, nie ściga się wielkościami i kakofonią koloru. Pełny, czytelny przekaz informacyjny.

Każdy taki fronton biurowca to miejsce budowania wizerunku firmy, tak w nim rezydującej, jak i zarządzającej. O ile te pierwsze robią co mogą, i na co je stać, aby się pokazać, o tyle zarządcy wielokroś zapominają co o ich firmie taki fronton świadczy. A co tam się przejmować, zawsze się znajdzie ktoś , kto chce wynająć. Fakt, jedni szukają lokalu "bo dobra ulica" i to wystarczy, ale też coraz więcej firm, szukających dobrej lokalizacji, oprócz samej lokalizacji zwraca pilną uwagę na "otoczenie" i dbałość o nie. Nie zdecydują się zapewne na szpetotę, niechlujstwo, bałagan czy dziury w chodniku przed przyszłą siedzibą.

Reklamowy wrzask to nie jest domena wielkiego miasta wbrew pozorom. Przykladem małe podwarszawskie firmy usługowe, siedzące na własnym i np. sprzedające dachówki, zatrzęsienie tego. Standardzik - maleńkie działki, z małym biurem i większą od niego, typową prezentacją rodzajówdachówki, w formie gotowego dachu. Już samo to plus, powiedzmy, reklama firmy X starczyłoby. Aliści ich wlaściciele, w bardzo dużej części, mają święte przekonanie iż należy stosować zasadę "im więcej tym lepiej". Płot upstrzony banerami od a do z, i z powrotem. Tablice stojące,wiszące, powiewajace, a i obrotowe bywają. Nawet duży bilboard się czasem zmieści, w poprzek, na krzyż albo na wspak, jak kto chce. Nie może się zmarnować żadna powierzchnia to i wykorzystany każdy centymetr malusich ścian zewnętrznych klitki-biura. Brakuje tylko "nad" - dla tych co latają. Zareklamowanie całkowite. Wszyscy dostawcy wymienieni, wszystkie rodzaje omówione, nazwy, marki, hasła i podziękowania dla dziadka. Wielość którą można obdzielić spore miasteczko zgromadzona w jednym miejscu. Wrzask aż uszy bolą, oczy bolą od oczopląsu z migotaniem. Czy to konieczne? Bardziej przyciąga i zachęca do skorzystania z zakupu? Nie, tylko wlaściciel o tym nie wie. Nie podejrzewam aby producenci płacili im wszystkim za te swoje reklamy, może jednak płacą, ale za mało i dopiero masa robi dochód wart tyle, by się nad tym nie zastanawiać? Tylko jaki interes miałyby firmy w płaceniu za reklamę w takim wrzaskowisku? płacenie za niezauważenie w tłumie? A może to moda, rywalizacja - kto ma więcej reklamy na m2?

W obu wypadkach jedynym realnym zyskiem, jest zysk wykonawcy szyldu reklamowego. Klient, ten potencjalny i realny też, nie lubi jak na niego wrzeszczą.

Etykiety:

08 czerwiec, 2006

Znaki rosną.

Linie nadwozi samochodowych upodabniają się coraz bardziej. Markę starych samochodów poznaję "na kilometr", nowe coraz mi trudniej po sylwetce rozpoznać. Stylistyka zmierza widać w generaliach do jedności, by różnice akcentować drobiazgami - stylistyką i wyposażeniem wnętrza. Pogłębianie się tego trendu, ujednolicania linii nadwozia, wpływa jednak, paradoksalnie, na wielkość znaku producenta Rosną nieomal w oczach, z modelu na model. Dla ułatwienia rozpoznawalności ma się rozumieć. Znaki firmowe na samochodach rosną, ale co ciekawe tylko z przodu. Już w niedalekiej przyszłości, po pełnym ujednoliceniu sylwetek, znak zajmie pewnikiem cały przód. Taki wielki, dobrze widoczny, jeżdzący znak to jest to.Idealna reklama. A co z tyłu i boku?

Etykiety: ,

06 czerwiec, 2006

Nadmiar szczęścia czyli plakaty i ulotki

Dookoła narasta jazgot koloru, zalewa wszechkolorowa reklama wszystkiego wszędzie i na wszystkim, o wszystkiej porze. Z podstawowych czterech /cmyk/ lub trzech kolorów /rgb/ twórcy wyciagają co się da, a nawet więcej. Z ogromem wysiłku umysłowego i talentu /czasami niekoniecznie i wogóle / tworzą swoje dzieła i... no i właśnie, samo się nasuwa pytanie - po co i dla kogo?

Idę ulicą wzdłuż ktorej stoi, jak za dawnych dobrych czasów, hektar parkanu. Dla pamietających dłużej takim salonem plakatu było kiedyś, przez długie lata, ogrodzenie wokół słynnej budowy błekitnego wieżowca, na obecnym placu Bankowym w Warszawie. Taka galeria dla mas z fantastycznymi perełkami dizajnu naszej nieocenionej szkoły plakatu. Eh, czasem lepiej nie wspominać... szczególnie, że nasuwa to skojarzenia i porównania. Płot jak tamten dużopowierzchniowy. Jak tamten oblepione toto od dechy do dechy i po horyzont. Ogarniam coraz nowe połacie wzrokiem i próbuję na czymś zawiesić choćby jedno oko, no niech mnie coś zaskoczy, zastanowi, zaintryguje... NIC, zero, null. Zlewająca się masa, fajerwerk koloru, tęcza... brak punktu zaczepienia.. i nagle, na samym końcu JEST. Zaskoczenie. To nie żaden wymuskany, amerykańskopodobny w bezmyśleniu, za ciężkie pieniądze, plakat super agencji, zwykły wklej szabloniarza. Rewelacyjny. Skrót myślowy, humor, asceza i... brak koloru. Przewrotnie konkluduje sobie, że w tym akurat przypadku, pomijając swawolną chęć naprawiania świata autora, skromność środków zrekompensowana została myśleniem. Mała firma marzy o superbudżecie reklamowym i powiela banalne wzorce rodem z bezmyślowa. ładne, bajeranckie i puste w przekazie, ale takie ma konkurent, takie dostaje do skrzynki i na ulicach. Zero myslenia czy to choćby skuteczne.

Na rondzie w centralnym punkcie Warszawy, róg Marszałkowskiej i Alej, przy wejściach do podziemi, codziennie stoją podawacze druków reklamowych zwanych ulotkami. Kiedyś umówiłem się tam z córką, na przekąszenie w pobliskim fastfudzie. Ania utknęła w jakimś korku, grzeczne dziecko informowało na bierząco, przez komórkę, stan zakorkowania i przewidywany czas spóźnienia, ja kontemplowałem osobliwy widok. Misterium Ulotkowe. Ludzie przechodzili, dostawali ulotkę, ciskali od razu, albo po 2 metrach, i tak na okrągło, jak w trybikach sprawnego zegara. Tik, tak, tik, tak. Podawacze dzielili się jednak wyrażnie na dwie kategorie - ambitnych i realistów. Ambini próbowali dorwać każdego wychodzącego z podziemnego przejścia i wlepić mu te swoje papierowe szczęście, realiści zajęli pozycje strategiczne - przy koszach na śmieci. Bo ulotki wciskane do rąk tam właśnie, w 99%, lądowały. Ambitni widać tego jeszcze nie załapali, więc mieli dodatkową robotę - zbierali, między rozdawaniem, te porzucone na chodnik i odnosili grzecznie do śmietnika. Podawaczy rozumiem, boć to ich praca i zarobek.

Choć i w tym podawaczowym temacie bywają innowatorzy. Miejsce - warszawska Praga, skrzyżowanie przy "śpiących" czyli koło dworca wileńskiego.Czas - środek dnia. Akcja - podawacz pod zegarem krąży w dziwnym cyklicznym rytmie. Pokonuje 4 m przestrzeń między dwoma koszami i rozdaje. Rusza spod kosza A trzymając ulotki swobodnie, nie wciska, nie nalega, pokonując odległość do kosza B, rozdał 3 ulotki. Staje przy koszu odlicza skrzętnie 3x2=6 i .. bach do kosza. Powrót do punktu A, rozdane 4 ulotki, 4x2=8 i bach do kosza. Wokół czyściutko, nic nie zalega. Spokojna praca.

Nurtuje mnie jednak myśl a propos - czy firmy, które wyłożyły kasę na te śmieci zwane ulotkami zastanowiły się po co to robią, dla kogo i jaki z tego pożytek dla nich (zwrot w postaci klienta). Może to owczy pęd "bo inni tak robią", może magiczne myślenie "byle jak najwięcej" a może po prostu nikt nie zadaje sobie trudu zmonitorowania własnej akcji,policzenia i wyciagniecia wniosków, nie powtarzania błędów w przyszłości, niewyrzucania kasy za okno, na róg Marszałkowskiej i Alej.

Etykiety: